poniedziałek, 25 stycznia 2016

do Nienawiści

26.11.2015
Cześć,

dawno nie gadałyśmy. Słyszałam, że u Ciebie wszystko dobrze. Zresztą, dużo się o Tobie mówi. Długo już tu z nami jesteś… ale chyba się rozwinęłaś. Przecież – zawsze byłaś. Jeszcze kilka lat wstecz dzieciaki wyzywały się słowami „Ty Żydzie”. Nieźle. Teraz jest „Ty uchodźco!”. Skoro kiedyś uczyłaś społeczeństwo naigrawać się z narodowości i religii, a teraz z trudnej sytuacji – zaczynam się obawiać, co dalej. Ale pewnie Ty już wiesz. Masz w tej sprawie duże pole do popisu.

Ponoć organizowałaś ostatnio Marsz Niepodległości w Warszawie... Podobno było wyjątkowo grzecznie. Wiesz, skoro nikt nie został ranny, to chyba nie przyłożyłaś do tego za bardzo ręki. Choć widzę, że i tak znowu namieszałaś. Dlaczego dajesz ludziom tyle jadu? Zabierasz im poczucie jedności. Solidarność. Chęć współpracy. Przyjaźń. W końcu miłość. Miłość do drugiego człowieka zdążyłaś już wydrążyć. W Twoich kategoriach ostatnio liczy się tylko kolor skóry, wyznanie, pochodzenie, przynależność polityczna, pierwsze skojarzenie. Zbesztanie. Chcesz walki. Wyciągasz broń. Cały czas prowokujesz nowy konflikt. Wmawiasz słabszym od siebie, że jesteś jedyną bronią. Prowokujesz tysiące ludzi, by nieśli na sztandarach okrutne hasła. Dajesz im przykrywkę patriotyzmu. Oni Ci ślepo wierzą. Ile masz twarzy? Nazywasz siebie samą „patriotyzmem”. „Czystością”. Pff, „rozsądkiem” też. Jak dalej możesz wmawiać ludziom, że to, w jakim kraju się urodzili i w jakiej rodzinie, jest ich dumą? Duma chyba miała w zasadzie być zjawiskiem zadowolenia z jakiegoś osiągnięcia… Czyż nie?

Ostatnio żyłaś spokojnie. Wykształciłaś nawet to pojęcie… tolerancja, tak? We wszystkim ukrywasz jakiś fortel! Nauczyłaś ludzi, że odmienności się nie szanuje, a przymyka na nią oko i przygląda się z wrednym uśmieszkiem.

Droga Nienawiści, czy to już nie pora przestać? Czy możesz ten raz się wycofać? Nie starczyły Ci żniwa Hitlera, Stalina, ich zwolenników? Czy wciąż jesteś głodna, gdy widzisz nierówności społeczne? Czy nie możesz się nasycić tym, że karmi się Tobą najmłodszych? Jesteś terrorystką. Jesteś śmiertelna.

Obiecuję, że będę walczyć w imieniu tych, których wykluczasz. Nie pozwolę Ci wygrać. Oj, wiem że się teraz uśmiechasz. Nie zapominaj, że gdy już urośniesz i dokonasz kolejnych przewrotów… nie będziesz miała już kogo przekonać do swojego stanowiska.


Uderz mnie. Opluj. Obraź.


Agata Siwka


czwartek, 7 stycznia 2016

LIST DO NIENAWIŚCI

Droga Nienawiści, nie z tęsknoty piszę do Ciebie, z żalu jedynie.

Inności nie pojmujesz.

Ciemny chleb,

Ciemna kawa,

Ciemna noc, co ukojenie przynosi.

Dlaczego zły człowiek?

Nic nie odpowiesz, choć nie zamykasz powiek.

Ty, co krwią się zachlewasz i ust nie wycierasz… 

Odebrane zostaną Tobie place i wiece.

Koniec tych spektakli iskrzystych, co niejeden żar w płomień zamieniły.

Siła Twoja

Kończy się tam, gdzie zaczyna się myślenie.

Zasiadasz w izbach i pałacach.

Konkordaty podpisywałaś nieraz.

Niejedno życie w Twych łapskach! 

Zamarł dobry gest.      
                 

PS: Dłoń niepewna zostanie, choćbyś pękła i umarła.

       


Dobry gest.



Marceli Matusiak


czwartek, 24 grudnia 2015

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety

Kobiety do domów, mężczyźni na wojenkę… zdawałoby się tradycyjnym hasłem.

XX wiek obfitował w konflikty zbrojne. Do obsłużenia ich potrzebny był pierwiastek ludzki. Stopniowo postępowała emancypacja kobiet. Waleczne dziewczęta chwytały więc za broń czy też tony opatrunków i ruszały na front. Doświadczenia tej żeńskiej zbiorowości opisała tegoroczna noblistka - Swietłana Aleksijewicz w reportażu „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. To dzieło, brutalnie ukazujące prawdę o rzeczywistości wojennej, zostało wystawione na deskach Bałtyckiego Teatru Dramatycznego w Koszalinie. Adaptacją sceniczną zajął się Paweł Palcat. Ze względu na minimalistyczną formę spektaklu, występuje w nim tylko sześcioro aktorów: Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska, Beata Niedziela, Katarzyna Ulicka-Pyda, Marcin Borchardt, Artur Paczesny i Piotr Krótki.

Istotną kwestią w ocenie tego wydarzenia jest nowatorstwo jego formy. Historie wielu kobiet skondensowano jako spostrzeżenia trzech postaci. Masza, Irina, Olga idą na wojnę z różnych pobudek. Dojrzewają podczas niej i wciąż się uczą. Przede wszystkim – pokory. Zmienia się ich wygląd.

Należy zwrócić uwagę na kostiumy, które stworzyła Małgorzata Bulanda. Są symboliczne. Dziewczęta ze szpilek i sukienek muszą przebrać się w brzydkie żołnierskie uniformy. Równie ważny jest rytuał obcięcia ich warkoczy. Zostają odarte z kobiecości. Istotą w rozumieniu spektaklu jest obecny w nim kolor czerwony. Wiąże się z traumą, okaleczeniem, ale i z… kobiecością.
  
Ruch sceniczny aktorów również daje wiele do myślenia. Niektóre ich gesty są jedynie sugestią, aluzją. Widz rozumie przekaz, znajdując się w samym centrum wydarzeń. Właśnie – w centrum wydarzeń. Występ odbywa się każdorazowo na małej scenie, gdzie wręcz odczuwa się kontakt z aktorami. Czuje się ich wzrok i pot. Przez to odbiór spektaklu jest oszałamiający, a w scenie ostrzału, gdy zza sceny wyrzucane są kawałki kredy, serce staje. 
  
Prostota formy i obfita symbolika nie zakłócają przekazu treści. Kalectwo, dylemat moralny zabijania, utrata dziecka, miłość są ważnymi wątkami w reportażu i sztuce „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Jednakże Swietłana Aleksijewicz nie ma na myśli dyskryminowania kobiet. Autorka daje ważną myśl – każda wojna to tragedia. Jest czystym okrucieństwem, dlatego nie ma w sobie nic z tej utrwalonej w kulturze wrażliwej i uczuciowej kobiety. Spektakl przekazał tę myśl bardzo dosadnie, dlatego, nie ukrywam, bardzo mi się podobał.


                                                                                                                                                                                                                                                                                                                            Agata 






sobota, 19 grudnia 2015

MOJA NIENAWIŚĆ

Przed paroma godzinami wyrwałem kartkę z kalendarza, dziś siódmy grudnia 1970 roku. Słońce zaczęło powoli oświetlać moje całkiem wygodne mieszkanie w samym środku Bonn. Lokum było bardzo przestronne, a pod ścianą na półkach piętrzyło się chyba 6 milionów książek, to moja biblioteka gromadzona od lat, choć przyznaję, nigdy nie lubiłem czytać, a w czasach szkolnych zawsze uciekałem z lekcji, bo były dobre dla inteligentów, marksistów i innych zwyrodnialców. Książki to głównie okólniki partyjne, różne dzieła dotyczące kwestii rasowych oraz historie i mity o potędze wspaniałych Germanów. Nieco z boku stał stolik, a na nim wczorajsza gazeta oraz mój pierścień SS, który pozostał z tamtych cudownych, jak do niedawna myślałem, lat. Zaraz obok pierścienia leżała przyczyna moich zmartwień, książka włoskiego Żyda, Primo Leviego. Przyznam, że jeszcze w czasach służby dla Heinricha Himmlera jako Standartenführer nigdy bym nie czytał czegoś takiego, to wszak przeczyło naszej nauce. Ale teraz ta książka wpadła mi przypadkiem w ręce, a do głowy powróciły wspomnienia, które już dawno nauczyłem się taić na wypadek jakiegoś przesłuchania, bo przecież wciąż jestem poszukiwany, choć pod innym nazwiskiem. Udało mi się tamtą przeszłość zastąpić zupełnie inną, alternatywną, w której nie mordowałem, nie byłem nienawistny i nie czerpałem z tego szaleńczej przyjemności. W nowych wspomnieniach miałem niższy stopień i ewentualnie wykonywałem rozkazy, nigdy nie byłem w getcie w Warszawie ani w Auschwitz. Teraz wspomnienia na nowo stanęły przede mną, już nie wywołały rozrzewnienia, ale po raz pierwszy przeraziły. 

Zacząłem nerwowo przebierać rękami po stole i rozmyślać, czy rzeczywiście to była nienawiść, przecież zawsze myślałem i miałem ku temu powody, bo, jak mówili Hitler, Himmler i naukowcy, Żydzi to wynaturzenie, zły duch dla naszej pięknej historii. Myślałem wówczas nie o nienawiści, ale o wolności, myślałem, że to moje zdanie, bo przecież „Ordnung muss sein” i to przez Żydów nasz naród tyle wycierpiał, tylu ludzi zginęło na wojnie, a oni wbili nam nóż w plecy. 

Wtedy, nie wiem czy przez imaginację czy zamierzenie, stanął mi przed oczami Franz. Znaliśmy się dobrze praktycznie od urodzenia, był zawsze pogodny, razem chodziliśmy do szkoły i przez pewien czas razem walczyliśmy na Wielkiej Wojnie. Później nasze drogi rozeszły się i miałem przyjemność zetknąć się z największymi generałami ucieleśniającymi niemieckiego ducha jak Mackensen czy Hindenburg. Gdy spotkaliśmy się z Franzem przypadkiem na ulicy w 1935 roku, zagadnął mnie i spytał: „co słychać?”. Odwróciłem się wówczas i powiedziałem, że musiał mnie z kimś pomylić, przyśpieszyłem kroku, zostawiając go oniemiałego na środku ulicy. Franz był Żydem. Jak się później dowiedziałem, powiesił się w dniu, w którym ja jako członek NSDAP wygłaszałem płomienne przemówienie. Znów imaginacja przed oczyma, ale już nie taka wspaniała, jak wtedy myślałem. Oczywiście wszystko udekorowane, pełno maszerujących SS-manów z różnymi sztandarami i całe masy skandujące nazwisko Hitlera oraz śpiewające pieśni patriotyczne. Pośrodku ja grzmiący o wielkiej misji narodu, by pozbyć się żydostwa z całego świata oraz zapewnić naszym obywatelom przestrzeń życiową! Gdy wieczorem mój kuzyn zakomunikował mi o samobójstwie Franza, odparłem, że był Żydem i żeby nie zaprzątał sobie tym głowy, bo widać „Franz zrozumiał swoje zbrodnie przeciw nam – Niemcom”. Nie dałem po sobie poznać, że w rzeczywistości zdruzgotała mnie ta wiadomość. Przecież nie nienawidziłem go, nie pragnąłem jego śmierci. Nie wiedziałem, co zrobić dalej. Przecież od najmłodszych lat byłem wychowywany jako patriota i człowiek lojalny władzy, która wie, co czyni. Nie zajmowały mnie też ówczesne komentarze dotyczące nocnych zmian w prawie i rozwiązywanie różnych urzędów, bo wiedziałem, że Adolf Hitler chce jak najlepiej dla narodu, a jego przeciwnicy to wrogowie rasy. Jednak wtedy poczułem się wyjątkowo nieswojo. 

Następnego dnia nadal jak zwykle wykonywałem swoje obowiązki. Podobne wizje nawiedziły mnie później tylko raz w maju 1943 roku w Warszawie. Gdy nieopatrznie wszedłem w kałużę krwi w getcie, nieomal zwymiotowałem. Jednak ta chwila słabości nie powstrzymała mnie przed kolejnymi mordami. „Zero litości” – wmawiał mi mój dowódca, Stroop. Chociaż nie. Teraz mogę być szczery, to nie on, nie Hitler ani Himmler, sam chciałem zabijać, zło było banalnością dnia powszedniego i bezmyślnie je popełniałem.

Dziś demony przeszłości nagle mnie opuściły, jednak owo uczucie powróciło. Zacząłem rozumieć, że przez ten cały czas byłem głupi, nie myślałem, ale biernie poddawałem się hasłom innych, biorąc je ostatecznie za własne. To mój największy grzech – głupota, nie potrafię nawet dziś odróżnić prawdy od fałszu, mojej biografii od tego, czym ją zastąpiłem. Poderwałem się z fotela, chwyciłem pierścień z trupią czaszką i cisnąłem go w portret Himmlera, szkło rozprysnęło się po pokoju, a rama uderzyła ze szczękiem o podłogę. Podbiegłem do komody i wyciągnąłem starego Lugera. Przeładowałem i włączyłem radio, by zagłuszyć wystrzał. Spiker zaczął mówić: „Dziś, siódmego grudnia kanclerz RFN, Willy Brandt podpisał akt normalizujący stosunki z Polską, później kanclerz uklęknął przed Pomnikiem Bohaterów Getta…”. Palec drgnął na spuście…
    
Gdyby nie zwierzenia Jürgena Stroopa, wysłuchane we wspólnej celi, a następnie opisane przez Kazimierza Moczarskiego w „Rozmowach z katem”, to opowiadanie by nie powstało.

Tomasz Hołysz

sobota, 14 listopada 2015

środa, 4 listopada 2015

Dlaczego warto jest się buntować, czyli Yes Meni idą na rewolucję

Dzięki współpracy z Akademią Dokumentalną podczas Miesiąca Filmowego w Staszicu, 29 października mieliśmy okazję wziąć udział w pokazie filmu „Yes Meni idą na rewolucję”.

Yes Menów nie wszyscy kojarzą, choć przy minimalnej świadomości społecznej – powinni. Andy Bilchbaum i Mike Bonanno to słynni już aktywiści. W swojej pracy na rzecz świata kładą największy nacisk na świadomość społeczną i ogromną dozę humoru. Ich happeningi nie przechodzą bez echa, chociaż nie zawsze przynoszą oczekiwane skutki. „Yes Meni idą na rewolucję” to już trzeci film o Andym i Mike'u, a właściwie: Jacquesie Servinie i Igorze Vamosie, którzy używają alter ego, by, pomimo pracy aktywistycznej, prowadzić w zasadzie normalne życie.

Używając nowomowy, Yes Meni to prekursorzy pranksterów, tyle że zaczynali w czasach, gdy nie myślało się o Internecie. Za to ich ulubiona dziedzina to trolling wielkich korporacji, które chcą odebrać ludziom planetę od tak, dla biznesu. Wydaje Ci się to wydumanym problemem? Poczytaj więc trochę o nierównych prawach człowieka i wpływie ciężkiego przemysłu na środowisko.

O sposobach, jakie Andy i Mike wykorzystują do prowokowania pozytywnych zmian w okrutnej polityce korporacji, jest właśnie film „Yes Meni idą na rewolucję”. To dokument ukazujący przygotowania do kilku akcji, a także ich przebieg. Wymagały one kunsztu reżyserskiego – jak wiadomo, nie były powtarzane. Każda więc akcja Yes Menów jest doskonale przemyślana. Nie obywa się bez wpadek, choćby gdy Yes Meni chcą zwrócić uwagę na współpracę koncernów - Shella i Gazpromu. W tym celu przebierają się za prezent na rzecz amsterdamskiego zoo – niedźwiedzia, przekazywanego przez kaleczącego angielski Rosjanina „reprezentującego” Gazprom, który w końcu pęka i zaczyna się śmiać. Mimo to oprawa wydarzenia jest przekomiczna – prezent wraz z Rosjaninem i towarzyszącym mu śpiewającym dzieckiem płynie barką po jednym z kanałów rzecznych i wygląda tak kiczowato, że aż przykuwa uwagę. Warto zaznaczyć, że każda prowokacja Andy'ego i Mike'a jest bardzo złożona. Oprócz strojów i fałszywych nazwisk, artyści tworzą scenariusze i piosenki. Nie boją się również wchodzić w otwartą dyskusję z obśmiewanymi środowiskami.

Dokumentalny ciąg przerywany jest świetnie wykonanymi grafikami obrazującymi sedno problemów. Film obrazuje także zwykłe zmagania się Yes Menów z życiem codziennym. Pełen jest przezabawnych sytuacji między starymi przyjaciółmi. Jak sami o sobie mówią, mają podobne poczucie humoru i chęć zmiany świata na lepsze. Działają razem w sposób ciekawszy niźli manifestacje, dlatego że zwracają się do lobbystów i kongresmanów bezpośrednio. Ich bunt staje się widoczny. Zbierają też grono sprzymierzeńców.

„Yes Meni idą na rewolucję” to film godny polecenia ludziom, którzy chcą zwiększać swoją świadomość społeczną. Nie tylko dla "zielonych" zapaleńców, ale i dla tych, co czują w sobie naturę buntowniczą. Bo to bunt przeciw rządom pieniądza i pogardzie wobec drugiego człowieka jest główną misją Yes Menów. 

                                                                                                                                           Agata Siwka








poniedziałek, 2 listopada 2015

Cienie przeszłości

Akcja filmu w reżyserii Marcina Bortkiewicza toczy się w tytułową noc Walpurgi, 30 kwietnia 1969 roku, w szwajcarskiej operze. W noc zmarłych i złych duchów, mrocznych sił i sabatu czarownic wydarzyć się może wszystko. I wydarza.  

Pod drzwiami garderoby wielkiej divy operowej Nory Sedler (Małgorzata Zajączkowska) czeka młody, skromny dziennikarz, Robert (Philippe Tłokiński), umówiony na wywiad z artystką. Impulsywna i gwałtowna Nora wyrzuca go za drzwi, ale w końcu zgadza się na rozmowę. Od początku widać erotyczne napięcie, które utrzymuje się przez wszystkie sceny. Dwa - jakże różne - charaktery prowadzą ze sobą misterną grę, pełną uczuć i mocnych słów.

Wybierając się do kina, myślałam, że będzie to płaczliwy dramat z cechami taniego romansu. Nic bardziej mylnego. Nie wiem, dlaczego nastawiłam się na jego odbiór negatywnie - nakręcony w czerni i bieli debiut Bortkiewicza okazał się naprawdę dobrym filmem, brawurowym i intensywnym, od początku do końca trzymającym widza w garści, przyduszającym go i nieustannie zaskakującym. W jednej z pierwszych scen widzimy młodego dziennikarza, który chce przeprowadzić umówiony wcześniej wywiad ze śpiewaczką operową. Widzimy jak Robert udaje się do kapryśnej, nieprzewidywalnej, czasami wulgarnej, kiedy indziej kruchej Nory SedlerCo w tym trudnego? Jaki wątek można rozwinąć ze zwykłego wywiadu? Wystarczy jednak krótka chwila, by zarówno bohater jak i widz przekonali się, że obcowanie z ekscentryczną kobietą stanowi niemałe wyzwanie. W filmie szczególnie zachwyciła mnie gra aktorska Małgorzaty Zajączkowskiej, która idealnie wczuła się w bohaterkę, prowokującą i szokującą. Hollywodzka aktorka wciąga nas w damsko-męski pojedynek w małej, zamkniętej przestrzeni. W swojej roli zarówno Zajączkowska jak i Tłokiński pokazują widzowi zawiłą, nie do końca jasną akcję, pełną dotkliwych, bolesnych ciosów, erotycznej pokusy oraz troski.



Źródło: PISF

Bortkiewicz osiągnął ciekawy efekt przez zamknięcie głównych postaci w małej przestrzeni, jaką jest garderoba Nory. Skupienie akcji na interakcjach między dwójką bohaterów sprawia, że widz czuje się jakby oglądał sztukę teatralną. Napięcie opiera się na dialogu i chemii pomiędzy aktorami, czas i miejsce akcji nie podlega zmianom, bohaterowie prowadzą długie rozmowy i snują monologi. Jest to jednocześnie opowieść o pułapkach wspomnień i nieznośnym ciężarze historii. Gdy oglądałam ,,Noc Walpurgi’’ i na scenę wkroczył wątek Żydów w Polsce, pomyślałam ,,Tylko nie to, proszę’’. Oczekiwałam rzewnego wywodu bohaterki o trudach życia i tragedii Holocaustu. Sądziłam, że będzie to kolejny pretensjonalny film o Żydach. Reżyser jednak mnie zaskoczył - porywa odwagą w zderzaniu ze sobą przeciwstawnych konwencji, ogromną wyobraźnią wizualną, nie pokazuje typowego żalu i rozpaczy. To przykład kina, które byłoby ciekawe nawet gdyby okazało się porażką. Film dzieli widownię i budzi skrajne emocje, a cała historia brzmi jak wyrwana ze świata teatru, jednak nikt, kto widział ,,Noc Walpurgi'', nie pozostawi filmu bez komentarza.

Paulina Wiater



wtorek, 27 października 2015

Ja jestem zadowolona bardzo. Ty zadowolona jesteś?



We wtorek 20 października w Centrum Kultury Kino „Goplana” odbył się III Szkolny Turniej Wiedzy o Filmie zorganizowany przez zespół nauczycieli humanistów związany z Pracownią Filmoteki Szkolnej. 



Do udziału w konkursie zgłosiły się klasy I, II oraz III LO. Turniej cieszył się niesamowitą frekwencją, w sali kinowej znalazło się aż pięćdziesięciu uczestników! Młodzież dobrała się w dwuosobowe grupy. Każda para otrzymała test dotyczący znajomości między innymi takich filmów jak: „Dziewczyny do wzięcia” w reż. Andrzeja Kondratiuka, „Jezioro” w reż. Jacka Piotra Bławuta czy „Pierwsza miłość” Krzysztofa Kieślowskiego. Zawodnicy musieli rozpoznawać aktorów, reżyserów, fragmenty filmów i cytaty. Analizowali także muzykę filmową oraz interpretowali sceny. Oto kilka przykładowych pytań z turnieju.










Mimo rywalizacji w sali kinowej panowała przyjemna atmosfera i wszyscy się dobrze bawili. 

Cytując klasykę:


Fajnie było, no nie.

No jasne!
Podobało mi się.
Mnie też się podobało bardzo.
Ja jestem zadowolona bardzo. Ty zadowolona jesteś?
No jasne!
Mi się bardzo podobało.





22 października poznaliśmy listę finalistów, w której znaleźli się:

Kamila Dąbrowska, Oliwia Dołotko, Karolina Feszter, Aleksandra Grygiel, Artur Gugulski, Zuzanna Guzal, Michał Hadam, Jakub Karmelita, Diana Kozłowska, Michalina Kudra, Jakub Kupień, Wojciech Lulek, Natalia Michaliszyn, Natan Murlik, Bartosz Otfinowski, Anna Otrębska, Aneta Paradnia, Klaudia Pindych, Adam Piórkowski, Agata Siwka, Kamila Sobótek, Paulina Wiater, Weronika Woźniak, Patryk Wójcik, Wojciech Wysoczański, Aleksandra Zaborowska, Alicja Zapała, Ewelina Zdunek.

Wymienieni uczniowie otrzymają zaproszenie na III Szkolną Noc Filmową (już niebawem!), a oficjalne ogłoszenie wyników oraz wręczenie nagród zwycięzcom nastąpi 29 października w CK Kino Goplana przed projekcją filmu "Yes Meni idą na rewolucję". 


Sandra Dalibor
Monika Stępniewska




poniedziałek, 26 października 2015

Prawybory parlamentarne w Staszicu


Jak zapewne wszyscy wiedzą, 23 października 2015 r. w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych odbyły się prawybory do sejmu. 


W komisji wyborczej zasiedli uczniowie klas II i III liceum: Paulina Wiater, Sandra Dalibor, Agata Siwka, Tomasz Hołysz i Marceli Matusiak. Lokal wyborczy planowo czynny miał być w godzinach od 9:00 do 12:00, jednak komisja zdecydowała się przedłużyć czas do godziny 12:35, aby umożliwić głosowanie nauczycielom i uczniom, którzy nie zdążyli dotrzeć do urny. Frekwencja była dość zadowalająca, bo wyniosła 50.1 %. Największą  aktywnością w prawyborach wykazały się klasy licealne, frekwencja w tychże klasach to ponad 80%. Na drugim miejscu znalazły się klasy technikum z wynikiem 37%. W zasadniczej szkole zawodowej zagłosowało 19% uczniów. Frekwencja ZSZ była stosunkowo niska z powodu zajęć praktycznych.


Niekwestionowane zwycięstwo komitetu Kukiz '15 (28 %) można wytłumaczyć ogromną popularnością ruchu muzyka estradowego. Ruch Pawła Kukiza powstał stosunkowo niedawno – tj. po osiągnięciu 3. miejsca podczas wyborów prezydenckich w maju tego roku (20% poparcia). Zaistniał on dzięki wyglądowi człowieka z ludu, a zarazem rockandrollowca - dalece odmiennemu od wizerunku polityków PO i PiS. Paweł Kukiz wnosi pewną świeżość na polską scenę polityczną, na której brakowało człowieka zainteresowanego sprawami Polaków i nieuwikłanego w partyjne rozgrywki. Powodem tego wyniku może też być jego wystąpienie na wtorkowej debacie, tak jak pomogło mu to podczas wyborów prezydenckich. W debacie prezydenckiej rzadko odpowiadał na pytania, a raz zupełnie się pogubił, z kolei swój czas w ostatniej debacie poświęcił na zgadzanie się (ze wzajemnością) z Januszem Kowinem-Mikkem. Okazało to się dosyć skuteczną strategią, bo - jak widać - ludzie czują sympatię do człowieka, który wykrzykuje, nie owijając w bawełnę, chwytliwe hasła bliskie wszystkim (prawie). Niewątpliwie wielkim sukcesem jest też zmobilizowanie przez pana Pawła elektoratu dotąd średnio zaangażowanego w politykę, który domaga się zmian nawet bez konkretnej wizji, jak miałyby wyglądać, co czyni go podobnym do Stana Tymińskiego.


Zaskoczeniem okazał się wynik Komitetu Wyborczego Partii Razem, której przedwyborcze sondaże nie dawały wielkiej nadziei. 17% uzyskane przez Razem jest wynikiem niespodziewanym, partia nie znajdowała dotąd uznania w mediach.  Efekt nie byłby możliwy, gdyby nie zaangażowani wyborcy, którzy szerzyli hasło: „Inna polityka jest możliwa”. W ostatnich dniach kampanii wyborczej motorem napędowym dla „Razemowców” okazał się Adrian Zandberg, który jest jednym z liderów partii. Zandberg na przedwyborczej debacie okazał się świetnym mówcą i jako jedyny rzeczowo odpowiadał na pytania zadawane przez dziennikarzy. Działacze Razem trafili do wyborców kampanią bezpośrednią, spotykając się z ludźmi na ulicach i rozmawiając na tematy społeczne, a nie polityczne. Wbrew przekonaniu opinii publicznej, nie reprezentują oni komunizmu, a umiarkowaną, europejską lewicę. Kontrowersje te pojawiły się, kiedy niedouczony Paweł Kukiz porównał Karola Marksa do Adolfa Hitlera. Świadomy wyborca zdaje sobie jednak sprawę z różnicy między filozofem a zbrodniarzem...


Trzecie miejsce partii KORWiN (14%) tłumaczy jej ogromną popularność wśród młodzieży. Kontrowersyjna jest definicja wolności, którą uznają jego zwolennicy. Dochodzi więc do wielu nieporozumień i rozłamów, czego dowodem jest zmiana partii przez „pana Janusza” co kilka lat.


Kolejne miejsca w naszych prawyborach zajęły odpowiednio komitety:


Prawo i Sprawiedliwość – 18 głosów – 12%

Platforma Obywatelska – 15 głosów – 10%
Zjednoczona Lewica – 8 głosów – 5%
Nowoczesna Ryszarda Petru – 6 głosów – 4%
Polskie Stronnictwo Ludowe – 2 głosy – 1%
Do urny trafiły również głosy nieważne (13 sztuk).



Analizy powyborczej dokonali: 

Agata Siwka
Tomek Hołysz
Marceli Matusiak