niedziela, 6 listopada 2016

Prace laureatek V Wakacyjnego Konkursu Literackiego pt. "Łotr"


ŁOTR
Nie wiem, kim jestem i czego chcę, nie wiem, dokąd podążam i gdzie mnie ta droga zaprowadzi. Daję ponieść się swoim marzeniom i planom, mając złudną nadzieję, że doprowadzą mnie tam, gdzie zawsze pragnęłam być. Jednak ambitne plany i marzenia to nie wszystko, bardzo często potrzeba czegoś więcej i ja doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Wiele osób często powtarza mi, że aby osiągnąć coś w życiu, trzeba umieć manipulować innymi ludźmi, sterować nimi tak, aby jedli nam z ręki, uzależnić ich od siebie tak bardzo, aby byli na każde nasze zawołanie, nie zdając sobie z tego w ogóle sprawy. Nigdy taka nie byłam, nigdy nawet nie próbowałam manipulować innymi. Zawsze uważałam, że manipulacja jest dla ludzi leniwych, słabych, egocentrycznych, lubujących się w osiąganiu swoich celów „na skróty’’, niemających wystarczająco siły, by zmierzyć się z czymś samemu, w pojedynkę. Z biegiem czasu zaczęłam zmieniać zdanie, im starsza byłam, tym więcej widziałam plusów manipulacji, inteligentnej manipulacji, która odpowiednio zastosowana nikogo nie raniła, ani nie krzywdziła, pozostawiając mnie z czystym sumieniem, do czasu. Wmawiamy sobie, że jesteśmy w stanie zapanować nad manipulacją, jednak nim się obejrzymy, wejdzie nam ona w krew tak bardzo, że nie będziemy w stanie sobie bez niej poradzić, uzależni nas tak mocno, że w najzwyklejszej konwersacji z przypadkową osobą będziemy stosować ją notorycznie, czasami nawet nieświadomie, gdyż już nie będziemy potrafili normalnie rozmawiać z ludźmi, z biegiem czasu staniemy się mistrzami manipulacji, opanujemy ją do perfekcji, nie wyobrażając sobie bez niej życia i normalnego funkcjonowania. Jest różnica między „manipulacją dobrą’’, a „manipulacją złą”, jednak ona bardzo szybko się zaciera, nikt nie potrafi na dłuższą metę stosować tylko „manipulacji dobrej’’, czasami życie z brutalną bezwzględnością wymaga od nas użycia „manipulacji złej”, a stąd już niedaleka droga do stania się prawdziwym, zimnokrwistym, bezdusznym łotrem. Jeżeli chcemy coś osiągnąć w życiu, musimy stać się łotrami, w tych czasach nie ma miejsca na delikatność i słabość. Nie wmawiaj sobie, że uczciwością i dobrocią zdobędziesz zaszczyty. Nie zdobędziesz, mogę ci to zagwarantować. Teraz dobrze już wiem, że chcąc osiągnąć to, co sobie zaplanowałam, muszę stać się łotrem, nie chcę tego, ale wiem, że nie mam wyjścia, już wybrałam. Zahartowałam się, dawne ideały i postanowienia odeszły w niepamięć, niewinność powoli wygasa, a z nią poczucie moralności i wstydu. Już wiem, że powieka mi nie drgnie, gdy będę musiała kogoś podle wykorzystać, aby spełnić swoje życiowe plany i marzenia, nie będę czuła wyrzutów sumienia, będę zimna, twarda i ostra niczym stal, nie zmarnuję takiej okazji, nigdy.
Jestem łotrem...
Stań teraz przed lustrem i przyjrzyj się dokładnie swojemu odbiciu, nie spuszczaj wzroku, nie wolno ci, to jest jedna z tych rzeczy, których nigdy, przenigdy nie możesz zrobić. Jeżeli jeszcze jej nie potrafisz, naucz się, spojrzenie to jedna z twoich najmocniejszych broni. Każdy manipulator musi umieć przewiercać swoją ofiarę wzrokiem na wylot, patrzeć jej głęboko w oczy, czytać z niej jak z otwartej księgi, poznać jej mocne i słabe strony. Słabe strony wykorzystasz przeciwko tej osobie, mocne zdusisz w zarodku, zgnieciesz je i nie pozwolisz im się odrodzić. Kiedy już ci się to uda, stworzysz swoją własną żywą kukłę, którą z dziką satysfakcją zaczniesz pociągać za sznurki, spełnisz swoje marzenia z dzieciństwa, stwarzając swoją prywatną lalkę, która potrafi chodzić i mówić, a na dodatek spełnia wszystkie twoje zachcianki. Kuglarz nad kuglarzy w swoim prywatnym teatrze. Żyć nie umierać, nieprawdaż? Musisz jednak uważać, bardzo uważać. Jeśli niedostatecznie zdusiłeś mocne strony swojej ofiary lub za bardzo jej popuściłeś, wtedy może wyrwać się spod twojej kontroli, zacząć dostrzegać w sobie pozytywy, rosnąć w siłę, nabierać pewności siebie, a wtedy ciężko będzie ponownie ją zdominować. Tylko mi nie mów, że nie kusi cię perspektywa kontrolowania drugiego człowieka. Im bardziej będziesz się upierać, że tego nie chcesz, tym głośniej będę śmiała ci się w twarz, bo doskonale wiem, że kłamiesz, wszyscy kłamią, nawet twoi najbliżsi, których zawsze uważałeś za nieskalane anioły i wzory do naśladowania. Patrzysz na siebie w lustrze i czujesz, że nie możesz oddychać, dusisz się, nie wytrzymujesz tej presji, która z każdym dniem coraz bardziej cię przytłacza, starasz się być uczciwy wobec wszystkich, pomagać im, wspierać, ale im dłużej patrzysz w lustro, tym bardziej zdajesz sobie sprawę, że to wszystko prowadzi donikąd. Co masz z tej dobroci, którą tak ochoczo ofiarowujesz wszystkim dookoła? Nadal pracujesz w tej durnej, zapyziałej, śmierdzącej restauracji, rzygać ci się chce, kiedy masz rano wstać i tam iść, niemal płaczesz, wspominając swoje dawne plany i marzenia o zostaniu światowej sławy aktorem. Czujesz złość, kiedy wspominasz swojego wroga, który był tak kiepskim uczniem, że ledwo przechodził z klasy do klasy. Wstrętny, pewny siebie, okrutny człowiek, który został tym, kim ty miałeś być, odebrał ci marzenia, plany, odebrał ci wszystko. Teraz ty siedzisz w tej obskurnej restauracji i podajesz równie wstrętnej babie świeżo przygotowanego homara, a on w tym samym czasie przygotowuje się do zagrania pierwszoplanowej roli w najnowszym filmie, który prawdopodobnie stanie się hitem tego roku. Ironia losu, nieprawdaż? Dobrze wiesz, że gdybyś był bardziej pewny siebie, mniej przejmował się wszystkim dookoła, umiał manipulować ludźmi, byłbyś teraz na jego miejscu, ale czasu nie da się cofnąć, wszystko przepadło. Patrząc na siebie w lustrze, coraz głośniej szlochasz, upadasz na kolana, zostałeś sam. Dziewczyna, którą tak bardzo kochałeś i poświęciłeś dla niej wszystko, zostawiła cię dla bogatego, łysego faceta, w czarnej, nowiusieńkiej, prosto z salonu bmw, który obiecał jej najnowszą kolekcję ubrań i drogiej biżuterii, przyjaciele odwrócili się od ciebie, a przecież zawsze byłeś przy nich, kiedy cię potrzebowali, zawsze pomogłeś, zawsze pocieszyłeś. Rodzice wyjechali za granicę, dzwonią od czasu do czasu, stwarzając jeszcze pozory normalności i kochającej się rodziny, ale i to wkrótce się skończy, w głębi serca już to wiesz. Czujesz, że umierasz, jesteś pusty w środku, łzy już nie przynoszą ukojenia, zapadasz się w sobie, usychasz od środka. Gdybyś chociaż przez chwilę pomyślał o sobie, a nie o innych, byłbyś teraz w zupełnie innym miejscu, miałbyś coś, co nadawałoby twojemu życiu sens, codziennie rano wstawałbyś uśmiechnięty do pracy, radość wylewałaby się z ciebie pełnymi garściami.. Przewracasz się na bok i zwijasz się w kulkę, już nie płaczesz, nie ma sensu, nie cofniesz już tego, co się stało. Patrzysz niewidzącym wzrokiem w stronę tafli szkła i wypowiadasz te słowa, które kiedyś nie przeszłyby ci przez gardło, twoje usta ledwo się poruszają, wydobywa się z nich cichy, ledwo dosłyszalny szept kogoś, kto zbyt wiele wycierpiał w swoim życiu:
Chcę być łotrem...
Każdy z nas ma w sobie coś z łotra, nawet dzieci, które uciekają się do najróżniejszych sztuczek, aby wymusić na rodzicach kupno najnowszej zabawki na rynku, robiąc to mniej lub bardziej świadomie. Nikt z nas nie jest ideałem, każdy ma coś za uszami, mniej czy bardziej, ale ma. Nie wierzmy ludziom, którzy uparcie twierdzą, że zawsze kierują się w swoim życiu uczciwością i honorem, bo możesz być pewny, że oni kłamią, chcą cię w ten sposób zmanipulować. Nie możesz stać się ich ofiarą. Nigdy, przenigdy nie ufaj środkom masowego przekazu, bo ich jedynym zadaniem jest wyprać ci mózg do tego stopnia, że już nie będziesz wiedział, kim jesteś, a wtedy będzie ci można wcisnąć nawet największe gówno, okryte koniecznie w najpiękniejszy, przyciągający wzrok papierek. Stańmy wszyscy przed lustrem, zrzućmy z siebie ostatnie warstwy niewinności i poczucia wstydu, podnieśmy wysoko głowy, spójrzmy głęboko w taflę szkła, wyłączmy nasze serca, zaciśnijmy pięści, pozbądźmy się ostatnich, blokujących nas okruchów wyrzutów sumienia, uśmiechnijmy się upiornie najpiękniejszym uśmiechem z całego naszego arsenału sztucznych uśmiechów, przełknijmy ostatnią gulę niepewności i z całych sił krzyknijmy:
Chcemy być łotrami...

Pamiętaj, by nigdy nie spuszczać wzroku...                           

Manipulatorka 

Magdalena Gronowska - laureatka V Wakacyjnego Konkursu Literackiego pt. "Łotr"


***


ŁOTR

Nie radzę sobie z własnymi emocjami. Mam na imię Emil i dwie twarze, dwa oblicza... Nawet nie wiem, jak to nazwać. Moje drugie oblicze nazywam „łotrem”, są to moje lęki, obawy, wątpliwości, wstyd, nienawiść do samego siebie. Łotr to mój wróg. Dlaczego jest on silniejszy ode mnie? Dlaczego pozwalam mu siebie kontrolować? Przysiadłem dzisiaj na ławce w parku mojego miasta. Jest tutaj pięknie, zwłaszcza w jesień. Nie lubię przebywać w zatłoczonych miejscach, czuję wtedy niepokój, lęk, choć, z drugiej strony, nie ma nic lepszego od świeżego powietrza i spokoju panującego tutaj. Wyjąłem z kieszeni kurtki iPod i włączyłem moją tymczasowo ulubioną piosenkę zespołu Mumford&sons. Kiedy siedziałem w parku, zacząłem myśleć i zauważać nierównowagę, jaka panuje na tym świecie. Dlaczego młodzi ludzie giną w wypadkach i sprawiają tyle bólu swoim rodzicom? Albo zostają sparaliżowani, popadają w depresję, każdy dzień dla nich to udręka? Są uwięzieni we własnym ciele, żyją ze świadomością, że już nigdy nie będą mogli prowadzić auta albo trzymać na rękach swojego dziecka? Dlaczego ludzie uciekają ze swoich krajów, ponieważ trwa tam wojna? Nie mogą czuć się bezpiecznie i stabilnie, mieszkając w innym kraju ze świadomością, że ich ojczyzna właśnie się wali, umiera? A ludzie bez współczucia traktują ich jak intruza, który korzysta z dóbr ich państwa?  Dlaczego żołnierze giną wtedy, kiedy ich dzieci i żony płaczą po nocach z tęsknoty za tatą i mężem? Dlaczego inni mogą mieć rodzinę wtedy, kiedy mnie i moją mamę opuścił ojciec zaraz po tym, jak się urodziłem? Dlaczego jedni mają nadmiar pieniędzy wtedy, kiedy inni nie mają co jeść? Dlaczego na świecie stoi tysiące pustych domów, kiedy ludzie śpią na ulicach? Dlaczego ludzie tracą dach nad głową przez trzęsienia ziemi? Tracą wszystko, na co pracowali przez lata swojej pracy, aby na koniec spać w schronisku dla bezdomnych. Dlaczego ludzie potrafią zmienić się nie do poznania? Tak bardzo, że osoba, którą kiedyś kochali, przestaje istnieć. Dlaczego żyjemy w świecie nienawiści? Dlaczego jesteśmy oceniani za swoje poglądy? Dlaczego wszyscy musimy żyć tak samo? Dlaczego młody chłopak, zamiast powiedzieć swojemu przyjacielowi: „Poznałem dzisiaj super dziewczynę! Zabawna, mądra, a życzliwość i chęć niesienia pomocy to jej dewiza życiowa.”, powie „Poznałem dzisiaj mega laskę. Była ubrana w markowe ubrania, komórkę też miała niezłą. Myślę, że jej starsi są nadziani.” ?
Każdy z nas posiada dwa oblicza. Tylko nie potrafimy tego dostrzec, jesteśmy przyzwyczajeni, żyjemy tak, aby nie wchodzić nikomu w drogę. Każdy z nas ma w sobie łotra, który nami codziennie manipuluje. Gdyby nie nasze złe oblicze, świat mógłby złapać równowagę. Szkoła uczy nas matematyki, historii, ale nikt nie uczy nas, jak kochać samego siebie, młodzi ludzie posiadają masę kompleksów i boją się podnieść głos. Doszło do tego, że ludzie nie chodzą do kościoła dla Boga tylko chodzą tam dlatego, aby się pokazać.
Siedząc tutaj (a spędzam na tej ławce prawie każde popołudnie), zauważam, że łotr pożarł lepsze oblicze człowieka, sprawiając, że stał się potworem, zimnym draniem. Musimy powiedzieć jasno: „Łotr to część mnie, która nie ma prawa istnieć i mną manipulować!”. Moje postanowienie jest takie, aby – daj Boże – codziennie wypierać się łotra mieszkającego we mnie. Myślę, że codzienna walka z łotrem dzisiaj, uczyni mnie lepszym dorosłym za kilka lat. Może i nie zmienię tym świata, ale będę pełen zadowolenia, że usunąłem z siebie lęki, wątpliwości, obawy, nienawiść. Będę lepszym i wartościowym człowiekiem i to jest piękne.
Kiedy piosenka w słuchawkach dobiegła końca, a przez zimne powietrze nie czułem końcówek moich palców, wstałem z ławki i oddaliłem się w stronę mojego domu.              
 Ruby

Dominika Kwaśniewska - zajęła II miejsce w V Wakacyjnym Konkursie Literackim pt. "Łotr"

poniedziałek, 25 stycznia 2016

do Nienawiści

26.11.2015
Cześć,

dawno nie gadałyśmy. Słyszałam, że u Ciebie wszystko dobrze. Zresztą, dużo się o Tobie mówi. Długo już tu z nami jesteś… ale chyba się rozwinęłaś. Przecież – zawsze byłaś. Jeszcze kilka lat wstecz dzieciaki wyzywały się słowami „Ty Żydzie”. Nieźle. Teraz jest „Ty uchodźco!”. Skoro kiedyś uczyłaś społeczeństwo naigrawać się z narodowości i religii, a teraz z trudnej sytuacji – zaczynam się obawiać, co dalej. Ale pewnie Ty już wiesz. Masz w tej sprawie duże pole do popisu.

Ponoć organizowałaś ostatnio Marsz Niepodległości w Warszawie... Podobno było wyjątkowo grzecznie. Wiesz, skoro nikt nie został ranny, to chyba nie przyłożyłaś do tego za bardzo ręki. Choć widzę, że i tak znowu namieszałaś. Dlaczego dajesz ludziom tyle jadu? Zabierasz im poczucie jedności. Solidarność. Chęć współpracy. Przyjaźń. W końcu miłość. Miłość do drugiego człowieka zdążyłaś już wydrążyć. W Twoich kategoriach ostatnio liczy się tylko kolor skóry, wyznanie, pochodzenie, przynależność polityczna, pierwsze skojarzenie. Zbesztanie. Chcesz walki. Wyciągasz broń. Cały czas prowokujesz nowy konflikt. Wmawiasz słabszym od siebie, że jesteś jedyną bronią. Prowokujesz tysiące ludzi, by nieśli na sztandarach okrutne hasła. Dajesz im przykrywkę patriotyzmu. Oni Ci ślepo wierzą. Ile masz twarzy? Nazywasz siebie samą „patriotyzmem”. „Czystością”. Pff, „rozsądkiem” też. Jak dalej możesz wmawiać ludziom, że to, w jakim kraju się urodzili i w jakiej rodzinie, jest ich dumą? Duma chyba miała w zasadzie być zjawiskiem zadowolenia z jakiegoś osiągnięcia… Czyż nie?

Ostatnio żyłaś spokojnie. Wykształciłaś nawet to pojęcie… tolerancja, tak? We wszystkim ukrywasz jakiś fortel! Nauczyłaś ludzi, że odmienności się nie szanuje, a przymyka na nią oko i przygląda się z wrednym uśmieszkiem.

Droga Nienawiści, czy to już nie pora przestać? Czy możesz ten raz się wycofać? Nie starczyły Ci żniwa Hitlera, Stalina, ich zwolenników? Czy wciąż jesteś głodna, gdy widzisz nierówności społeczne? Czy nie możesz się nasycić tym, że karmi się Tobą najmłodszych? Jesteś terrorystką. Jesteś śmiertelna.

Obiecuję, że będę walczyć w imieniu tych, których wykluczasz. Nie pozwolę Ci wygrać. Oj, wiem że się teraz uśmiechasz. Nie zapominaj, że gdy już urośniesz i dokonasz kolejnych przewrotów… nie będziesz miała już kogo przekonać do swojego stanowiska.


Uderz mnie. Opluj. Obraź.


Agata Siwka


czwartek, 7 stycznia 2016

LIST DO NIENAWIŚCI

Droga Nienawiści, nie z tęsknoty piszę do Ciebie, z żalu jedynie.

Inności nie pojmujesz.

Ciemny chleb,

Ciemna kawa,

Ciemna noc, co ukojenie przynosi.

Dlaczego zły człowiek?

Nic nie odpowiesz, choć nie zamykasz powiek.

Ty, co krwią się zachlewasz i ust nie wycierasz… 

Odebrane zostaną Tobie place i wiece.

Koniec tych spektakli iskrzystych, co niejeden żar w płomień zamieniły.

Siła Twoja

Kończy się tam, gdzie zaczyna się myślenie.

Zasiadasz w izbach i pałacach.

Konkordaty podpisywałaś nieraz.

Niejedno życie w Twych łapskach! 

Zamarł dobry gest.      
                 

PS: Dłoń niepewna zostanie, choćbyś pękła i umarła.

       


Dobry gest.



Marceli Matusiak


czwartek, 24 grudnia 2015

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety

Kobiety do domów, mężczyźni na wojenkę… zdawałoby się tradycyjnym hasłem.

XX wiek obfitował w konflikty zbrojne. Do obsłużenia ich potrzebny był pierwiastek ludzki. Stopniowo postępowała emancypacja kobiet. Waleczne dziewczęta chwytały więc za broń czy też tony opatrunków i ruszały na front. Doświadczenia tej żeńskiej zbiorowości opisała tegoroczna noblistka - Swietłana Aleksijewicz w reportażu „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. To dzieło, brutalnie ukazujące prawdę o rzeczywistości wojennej, zostało wystawione na deskach Bałtyckiego Teatru Dramatycznego w Koszalinie. Adaptacją sceniczną zajął się Paweł Palcat. Ze względu na minimalistyczną formę spektaklu, występuje w nim tylko sześcioro aktorów: Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska, Beata Niedziela, Katarzyna Ulicka-Pyda, Marcin Borchardt, Artur Paczesny i Piotr Krótki.

Istotną kwestią w ocenie tego wydarzenia jest nowatorstwo jego formy. Historie wielu kobiet skondensowano jako spostrzeżenia trzech postaci. Masza, Irina, Olga idą na wojnę z różnych pobudek. Dojrzewają podczas niej i wciąż się uczą. Przede wszystkim – pokory. Zmienia się ich wygląd.

Należy zwrócić uwagę na kostiumy, które stworzyła Małgorzata Bulanda. Są symboliczne. Dziewczęta ze szpilek i sukienek muszą przebrać się w brzydkie żołnierskie uniformy. Równie ważny jest rytuał obcięcia ich warkoczy. Zostają odarte z kobiecości. Istotą w rozumieniu spektaklu jest obecny w nim kolor czerwony. Wiąże się z traumą, okaleczeniem, ale i z… kobiecością.
  
Ruch sceniczny aktorów również daje wiele do myślenia. Niektóre ich gesty są jedynie sugestią, aluzją. Widz rozumie przekaz, znajdując się w samym centrum wydarzeń. Właśnie – w centrum wydarzeń. Występ odbywa się każdorazowo na małej scenie, gdzie wręcz odczuwa się kontakt z aktorami. Czuje się ich wzrok i pot. Przez to odbiór spektaklu jest oszałamiający, a w scenie ostrzału, gdy zza sceny wyrzucane są kawałki kredy, serce staje. 
  
Prostota formy i obfita symbolika nie zakłócają przekazu treści. Kalectwo, dylemat moralny zabijania, utrata dziecka, miłość są ważnymi wątkami w reportażu i sztuce „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Jednakże Swietłana Aleksijewicz nie ma na myśli dyskryminowania kobiet. Autorka daje ważną myśl – każda wojna to tragedia. Jest czystym okrucieństwem, dlatego nie ma w sobie nic z tej utrwalonej w kulturze wrażliwej i uczuciowej kobiety. Spektakl przekazał tę myśl bardzo dosadnie, dlatego, nie ukrywam, bardzo mi się podobał.


                                                                                                                                                                                                                                                                                                                            Agata 






sobota, 19 grudnia 2015

MOJA NIENAWIŚĆ

Przed paroma godzinami wyrwałem kartkę z kalendarza, dziś siódmy grudnia 1970 roku. Słońce zaczęło powoli oświetlać moje całkiem wygodne mieszkanie w samym środku Bonn. Lokum było bardzo przestronne, a pod ścianą na półkach piętrzyło się chyba 6 milionów książek, to moja biblioteka gromadzona od lat, choć przyznaję, nigdy nie lubiłem czytać, a w czasach szkolnych zawsze uciekałem z lekcji, bo były dobre dla inteligentów, marksistów i innych zwyrodnialców. Książki to głównie okólniki partyjne, różne dzieła dotyczące kwestii rasowych oraz historie i mity o potędze wspaniałych Germanów. Nieco z boku stał stolik, a na nim wczorajsza gazeta oraz mój pierścień SS, który pozostał z tamtych cudownych, jak do niedawna myślałem, lat. Zaraz obok pierścienia leżała przyczyna moich zmartwień, książka włoskiego Żyda, Primo Leviego. Przyznam, że jeszcze w czasach służby dla Heinricha Himmlera jako Standartenführer nigdy bym nie czytał czegoś takiego, to wszak przeczyło naszej nauce. Ale teraz ta książka wpadła mi przypadkiem w ręce, a do głowy powróciły wspomnienia, które już dawno nauczyłem się taić na wypadek jakiegoś przesłuchania, bo przecież wciąż jestem poszukiwany, choć pod innym nazwiskiem. Udało mi się tamtą przeszłość zastąpić zupełnie inną, alternatywną, w której nie mordowałem, nie byłem nienawistny i nie czerpałem z tego szaleńczej przyjemności. W nowych wspomnieniach miałem niższy stopień i ewentualnie wykonywałem rozkazy, nigdy nie byłem w getcie w Warszawie ani w Auschwitz. Teraz wspomnienia na nowo stanęły przede mną, już nie wywołały rozrzewnienia, ale po raz pierwszy przeraziły. 

Zacząłem nerwowo przebierać rękami po stole i rozmyślać, czy rzeczywiście to była nienawiść, przecież zawsze myślałem i miałem ku temu powody, bo, jak mówili Hitler, Himmler i naukowcy, Żydzi to wynaturzenie, zły duch dla naszej pięknej historii. Myślałem wówczas nie o nienawiści, ale o wolności, myślałem, że to moje zdanie, bo przecież „Ordnung muss sein” i to przez Żydów nasz naród tyle wycierpiał, tylu ludzi zginęło na wojnie, a oni wbili nam nóż w plecy. 

Wtedy, nie wiem czy przez imaginację czy zamierzenie, stanął mi przed oczami Franz. Znaliśmy się dobrze praktycznie od urodzenia, był zawsze pogodny, razem chodziliśmy do szkoły i przez pewien czas razem walczyliśmy na Wielkiej Wojnie. Później nasze drogi rozeszły się i miałem przyjemność zetknąć się z największymi generałami ucieleśniającymi niemieckiego ducha jak Mackensen czy Hindenburg. Gdy spotkaliśmy się z Franzem przypadkiem na ulicy w 1935 roku, zagadnął mnie i spytał: „co słychać?”. Odwróciłem się wówczas i powiedziałem, że musiał mnie z kimś pomylić, przyśpieszyłem kroku, zostawiając go oniemiałego na środku ulicy. Franz był Żydem. Jak się później dowiedziałem, powiesił się w dniu, w którym ja jako członek NSDAP wygłaszałem płomienne przemówienie. Znów imaginacja przed oczyma, ale już nie taka wspaniała, jak wtedy myślałem. Oczywiście wszystko udekorowane, pełno maszerujących SS-manów z różnymi sztandarami i całe masy skandujące nazwisko Hitlera oraz śpiewające pieśni patriotyczne. Pośrodku ja grzmiący o wielkiej misji narodu, by pozbyć się żydostwa z całego świata oraz zapewnić naszym obywatelom przestrzeń życiową! Gdy wieczorem mój kuzyn zakomunikował mi o samobójstwie Franza, odparłem, że był Żydem i żeby nie zaprzątał sobie tym głowy, bo widać „Franz zrozumiał swoje zbrodnie przeciw nam – Niemcom”. Nie dałem po sobie poznać, że w rzeczywistości zdruzgotała mnie ta wiadomość. Przecież nie nienawidziłem go, nie pragnąłem jego śmierci. Nie wiedziałem, co zrobić dalej. Przecież od najmłodszych lat byłem wychowywany jako patriota i człowiek lojalny władzy, która wie, co czyni. Nie zajmowały mnie też ówczesne komentarze dotyczące nocnych zmian w prawie i rozwiązywanie różnych urzędów, bo wiedziałem, że Adolf Hitler chce jak najlepiej dla narodu, a jego przeciwnicy to wrogowie rasy. Jednak wtedy poczułem się wyjątkowo nieswojo. 

Następnego dnia nadal jak zwykle wykonywałem swoje obowiązki. Podobne wizje nawiedziły mnie później tylko raz w maju 1943 roku w Warszawie. Gdy nieopatrznie wszedłem w kałużę krwi w getcie, nieomal zwymiotowałem. Jednak ta chwila słabości nie powstrzymała mnie przed kolejnymi mordami. „Zero litości” – wmawiał mi mój dowódca, Stroop. Chociaż nie. Teraz mogę być szczery, to nie on, nie Hitler ani Himmler, sam chciałem zabijać, zło było banalnością dnia powszedniego i bezmyślnie je popełniałem.

Dziś demony przeszłości nagle mnie opuściły, jednak owo uczucie powróciło. Zacząłem rozumieć, że przez ten cały czas byłem głupi, nie myślałem, ale biernie poddawałem się hasłom innych, biorąc je ostatecznie za własne. To mój największy grzech – głupota, nie potrafię nawet dziś odróżnić prawdy od fałszu, mojej biografii od tego, czym ją zastąpiłem. Poderwałem się z fotela, chwyciłem pierścień z trupią czaszką i cisnąłem go w portret Himmlera, szkło rozprysnęło się po pokoju, a rama uderzyła ze szczękiem o podłogę. Podbiegłem do komody i wyciągnąłem starego Lugera. Przeładowałem i włączyłem radio, by zagłuszyć wystrzał. Spiker zaczął mówić: „Dziś, siódmego grudnia kanclerz RFN, Willy Brandt podpisał akt normalizujący stosunki z Polską, później kanclerz uklęknął przed Pomnikiem Bohaterów Getta…”. Palec drgnął na spuście…
    
Gdyby nie zwierzenia Jürgena Stroopa, wysłuchane we wspólnej celi, a następnie opisane przez Kazimierza Moczarskiego w „Rozmowach z katem”, to opowiadanie by nie powstało.

Tomasz Hołysz

sobota, 14 listopada 2015

środa, 4 listopada 2015

Dlaczego warto jest się buntować, czyli Yes Meni idą na rewolucję

Dzięki współpracy z Akademią Dokumentalną podczas Miesiąca Filmowego w Staszicu, 29 października mieliśmy okazję wziąć udział w pokazie filmu „Yes Meni idą na rewolucję”.

Yes Menów nie wszyscy kojarzą, choć przy minimalnej świadomości społecznej – powinni. Andy Bilchbaum i Mike Bonanno to słynni już aktywiści. W swojej pracy na rzecz świata kładą największy nacisk na świadomość społeczną i ogromną dozę humoru. Ich happeningi nie przechodzą bez echa, chociaż nie zawsze przynoszą oczekiwane skutki. „Yes Meni idą na rewolucję” to już trzeci film o Andym i Mike'u, a właściwie: Jacquesie Servinie i Igorze Vamosie, którzy używają alter ego, by, pomimo pracy aktywistycznej, prowadzić w zasadzie normalne życie.

Używając nowomowy, Yes Meni to prekursorzy pranksterów, tyle że zaczynali w czasach, gdy nie myślało się o Internecie. Za to ich ulubiona dziedzina to trolling wielkich korporacji, które chcą odebrać ludziom planetę od tak, dla biznesu. Wydaje Ci się to wydumanym problemem? Poczytaj więc trochę o nierównych prawach człowieka i wpływie ciężkiego przemysłu na środowisko.

O sposobach, jakie Andy i Mike wykorzystują do prowokowania pozytywnych zmian w okrutnej polityce korporacji, jest właśnie film „Yes Meni idą na rewolucję”. To dokument ukazujący przygotowania do kilku akcji, a także ich przebieg. Wymagały one kunsztu reżyserskiego – jak wiadomo, nie były powtarzane. Każda więc akcja Yes Menów jest doskonale przemyślana. Nie obywa się bez wpadek, choćby gdy Yes Meni chcą zwrócić uwagę na współpracę koncernów - Shella i Gazpromu. W tym celu przebierają się za prezent na rzecz amsterdamskiego zoo – niedźwiedzia, przekazywanego przez kaleczącego angielski Rosjanina „reprezentującego” Gazprom, który w końcu pęka i zaczyna się śmiać. Mimo to oprawa wydarzenia jest przekomiczna – prezent wraz z Rosjaninem i towarzyszącym mu śpiewającym dzieckiem płynie barką po jednym z kanałów rzecznych i wygląda tak kiczowato, że aż przykuwa uwagę. Warto zaznaczyć, że każda prowokacja Andy'ego i Mike'a jest bardzo złożona. Oprócz strojów i fałszywych nazwisk, artyści tworzą scenariusze i piosenki. Nie boją się również wchodzić w otwartą dyskusję z obśmiewanymi środowiskami.

Dokumentalny ciąg przerywany jest świetnie wykonanymi grafikami obrazującymi sedno problemów. Film obrazuje także zwykłe zmagania się Yes Menów z życiem codziennym. Pełen jest przezabawnych sytuacji między starymi przyjaciółmi. Jak sami o sobie mówią, mają podobne poczucie humoru i chęć zmiany świata na lepsze. Działają razem w sposób ciekawszy niźli manifestacje, dlatego że zwracają się do lobbystów i kongresmanów bezpośrednio. Ich bunt staje się widoczny. Zbierają też grono sprzymierzeńców.

„Yes Meni idą na rewolucję” to film godny polecenia ludziom, którzy chcą zwiększać swoją świadomość społeczną. Nie tylko dla "zielonych" zapaleńców, ale i dla tych, co czują w sobie naturę buntowniczą. Bo to bunt przeciw rządom pieniądza i pogardzie wobec drugiego człowieka jest główną misją Yes Menów. 

                                                                                                                                           Agata Siwka








poniedziałek, 2 listopada 2015

Cienie przeszłości

Akcja filmu w reżyserii Marcina Bortkiewicza toczy się w tytułową noc Walpurgi, 30 kwietnia 1969 roku, w szwajcarskiej operze. W noc zmarłych i złych duchów, mrocznych sił i sabatu czarownic wydarzyć się może wszystko. I wydarza.  

Pod drzwiami garderoby wielkiej divy operowej Nory Sedler (Małgorzata Zajączkowska) czeka młody, skromny dziennikarz, Robert (Philippe Tłokiński), umówiony na wywiad z artystką. Impulsywna i gwałtowna Nora wyrzuca go za drzwi, ale w końcu zgadza się na rozmowę. Od początku widać erotyczne napięcie, które utrzymuje się przez wszystkie sceny. Dwa - jakże różne - charaktery prowadzą ze sobą misterną grę, pełną uczuć i mocnych słów.

Wybierając się do kina, myślałam, że będzie to płaczliwy dramat z cechami taniego romansu. Nic bardziej mylnego. Nie wiem, dlaczego nastawiłam się na jego odbiór negatywnie - nakręcony w czerni i bieli debiut Bortkiewicza okazał się naprawdę dobrym filmem, brawurowym i intensywnym, od początku do końca trzymającym widza w garści, przyduszającym go i nieustannie zaskakującym. W jednej z pierwszych scen widzimy młodego dziennikarza, który chce przeprowadzić umówiony wcześniej wywiad ze śpiewaczką operową. Widzimy jak Robert udaje się do kapryśnej, nieprzewidywalnej, czasami wulgarnej, kiedy indziej kruchej Nory SedlerCo w tym trudnego? Jaki wątek można rozwinąć ze zwykłego wywiadu? Wystarczy jednak krótka chwila, by zarówno bohater jak i widz przekonali się, że obcowanie z ekscentryczną kobietą stanowi niemałe wyzwanie. W filmie szczególnie zachwyciła mnie gra aktorska Małgorzaty Zajączkowskiej, która idealnie wczuła się w bohaterkę, prowokującą i szokującą. Hollywodzka aktorka wciąga nas w damsko-męski pojedynek w małej, zamkniętej przestrzeni. W swojej roli zarówno Zajączkowska jak i Tłokiński pokazują widzowi zawiłą, nie do końca jasną akcję, pełną dotkliwych, bolesnych ciosów, erotycznej pokusy oraz troski.



Źródło: PISF

Bortkiewicz osiągnął ciekawy efekt przez zamknięcie głównych postaci w małej przestrzeni, jaką jest garderoba Nory. Skupienie akcji na interakcjach między dwójką bohaterów sprawia, że widz czuje się jakby oglądał sztukę teatralną. Napięcie opiera się na dialogu i chemii pomiędzy aktorami, czas i miejsce akcji nie podlega zmianom, bohaterowie prowadzą długie rozmowy i snują monologi. Jest to jednocześnie opowieść o pułapkach wspomnień i nieznośnym ciężarze historii. Gdy oglądałam ,,Noc Walpurgi’’ i na scenę wkroczył wątek Żydów w Polsce, pomyślałam ,,Tylko nie to, proszę’’. Oczekiwałam rzewnego wywodu bohaterki o trudach życia i tragedii Holocaustu. Sądziłam, że będzie to kolejny pretensjonalny film o Żydach. Reżyser jednak mnie zaskoczył - porywa odwagą w zderzaniu ze sobą przeciwstawnych konwencji, ogromną wyobraźnią wizualną, nie pokazuje typowego żalu i rozpaczy. To przykład kina, które byłoby ciekawe nawet gdyby okazało się porażką. Film dzieli widownię i budzi skrajne emocje, a cała historia brzmi jak wyrwana ze świata teatru, jednak nikt, kto widział ,,Noc Walpurgi'', nie pozostawi filmu bez komentarza.

Paulina Wiater



wtorek, 27 października 2015

Ja jestem zadowolona bardzo. Ty zadowolona jesteś?



We wtorek 20 października w Centrum Kultury Kino „Goplana” odbył się III Szkolny Turniej Wiedzy o Filmie zorganizowany przez zespół nauczycieli humanistów związany z Pracownią Filmoteki Szkolnej. 



Do udziału w konkursie zgłosiły się klasy I, II oraz III LO. Turniej cieszył się niesamowitą frekwencją, w sali kinowej znalazło się aż pięćdziesięciu uczestników! Młodzież dobrała się w dwuosobowe grupy. Każda para otrzymała test dotyczący znajomości między innymi takich filmów jak: „Dziewczyny do wzięcia” w reż. Andrzeja Kondratiuka, „Jezioro” w reż. Jacka Piotra Bławuta czy „Pierwsza miłość” Krzysztofa Kieślowskiego. Zawodnicy musieli rozpoznawać aktorów, reżyserów, fragmenty filmów i cytaty. Analizowali także muzykę filmową oraz interpretowali sceny. Oto kilka przykładowych pytań z turnieju.










Mimo rywalizacji w sali kinowej panowała przyjemna atmosfera i wszyscy się dobrze bawili. 

Cytując klasykę:


Fajnie było, no nie.

No jasne!
Podobało mi się.
Mnie też się podobało bardzo.
Ja jestem zadowolona bardzo. Ty zadowolona jesteś?
No jasne!
Mi się bardzo podobało.





22 października poznaliśmy listę finalistów, w której znaleźli się:

Kamila Dąbrowska, Oliwia Dołotko, Karolina Feszter, Aleksandra Grygiel, Artur Gugulski, Zuzanna Guzal, Michał Hadam, Jakub Karmelita, Diana Kozłowska, Michalina Kudra, Jakub Kupień, Wojciech Lulek, Natalia Michaliszyn, Natan Murlik, Bartosz Otfinowski, Anna Otrębska, Aneta Paradnia, Klaudia Pindych, Adam Piórkowski, Agata Siwka, Kamila Sobótek, Paulina Wiater, Weronika Woźniak, Patryk Wójcik, Wojciech Wysoczański, Aleksandra Zaborowska, Alicja Zapała, Ewelina Zdunek.

Wymienieni uczniowie otrzymają zaproszenie na III Szkolną Noc Filmową (już niebawem!), a oficjalne ogłoszenie wyników oraz wręczenie nagród zwycięzcom nastąpi 29 października w CK Kino Goplana przed projekcją filmu "Yes Meni idą na rewolucję". 


Sandra Dalibor
Monika Stępniewska