poniedziałek, 16 marca 2015

Sukces naszych licealistów na Olimpiadzie Solidarności

We wtorek 10 marca w Zachodniopomorskim Centrum Doskonalenia Nauczycieli w Szczecinie punktualnie o 10:00 odbył się wojewódzki etap konkursu organizowanego przez Fundację Centrum Solidarności – „Olimpiada Solidarności. Dwie dekady historii”. Była to druga tura tego konkursu. Wcześniej odbyły się kwalifikacje szkolne. W drugiej turze egzamin składał się z trzydziestu pytań i miał charakter testu wielokrotnego wyboru.

Pytania dotyczyły wydarzeń najnowszych związanych z Solidarnością i drogą do niepodległości z lat 1970-1990. Pojawiły się też i takie, które sprawdzały wiedzę nie tylko stricte historyczną, ale także filmową i muzyczną. Były to pytania o m.in. „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy, „Czarny czwartek” Antoniego Krauze czy choćby „Autobiografię” Perfectu. Naszą szkołę reprezentowali uczniowie klasy IIa o profilu humanistycznym Liceum Ogólnokształcącego Karolina Niegoda i Tomasz Hołysz.

Opiekę nad nimi sprawował prof. Stefan Myca. Reprezentanci naszej szkoły spisali się znakomicie. Tomasz Hołysz, który zajął drugą lokatę, będzie reprezentował naszą szkołę w finale Olimpiady.

W czerwcu odbędzie się etap ogólnopolski w Gdańsku. Reprezentanci każdego województwa w trzyosobowych zespołach będą rywalizowali o miano najlepszego.


oprac. Karolina Niegoda i Tomasz Hołysz

Tak więc w czerwcu będziemy trzymać kciuki za kolejny sukces. A na razie jeszcze raz składamy ogromne gratulacje dla Karoliny i Tomka! Poniżej prezentujemy dyplomy:



piątek, 13 marca 2015

Nasi górą!

5 marca w HALI WIDOWISKOWO-SPORTOWEJ w Połczynie-Zdroju odbył się turniej piłki siatkowej dziewcząt i chłopców. Uczestniczyły w nim trzy szkoły: Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych im. Stanisława Staszica w Połczynie-Zdroju, Zespól Szkół Ponadgimnazjalnych im. Władysława Broniewskiego w Świdwinie oraz Zespół Szkół Rolniczych Centrum Kształcenia Praktycznego im. Stefana Żeromskiego również ze Świdwina. 

A oto wyniki meczów w drużynie dziewcząt: 

I - ZSP im. Stanisława Staszica w Połczynie-Zdroju 
II- ZSP im. Władysława Broniewskiego w Świdwinie
III- ZSR CKP im. Stefana Żeromskiego w Świdwinie 

A tak przedstawiają się wyniki meczów w drużynie chłopców:

I-ZSP im. Stanisława Staszica w Połczynie-Zdroju 
II-ZSP im. Władysława Broniewskiego w Świdwinie  
III-ZSR CKP im. Stefana Żeromskiego w Świdwinie 

Gratulujemy zasłużonym zwycięzcom! Poniżej prezentujemy kilka fotek.







czwartek, 12 marca 2015

Film na Horyzoncie okiem Pauliny Wiater

Od 28 lutego do 1 marca miałam okazję uczestniczyć w warsztatach scenopisarskich w Warszawie dzięki dostaniu się WF "STACH" do ekipy PRO w konkursie Film Na Horyzoncie. Przez 3 dni pod okiem profesjonalistów - Ireny, Małgosi i Filipa - wraz z Agatą Siwką uczyłyśmy się o strukturze trzyaktowej filmu, roli konfliktu w filmie, punktach zwrotnych, czym jest treatment i innych elementach ważnych podczas pisania scenariusza.

W studiu Ars Thanea słuchałyśmy wykładów i brałyśmy udział w zajęciach praktycznych. Przede wszystkim dopracowywałyśmy scenariusz naszego filmu, konsultując go ze specjalistami z magazynu FilmPro.

Specjalnym gościem warsztatów była Agnieszka Kruk – instruktorka scenopisarstwa i autorką scenariuszy do takich seriali jak "Kocham. Enter", "Wszystko przed nami" oraz "Pierwsza Miłość".


Czym były dla mnie te warsztaty? Były bardzo ciekawym przeżyciem, dzięki któremu poznałam podstawy pisania scenariusza, które na pewno mi się przydadzą; poznałam wielu nowych ludzi i miałam okazję uczyć się profesjonalnego przepisu na film. Już za niecały miesiąc inni członkowie STACHA będą mogli wziąć udział w warsztatach - tym razem operatorskich.






czwartek, 5 lutego 2015

Goście z Ukrainy w Staszicu

Wczoraj mieliśmy przyjemność podjąć w naszej szkole gości… z Ukrainy! Po serdecznym powitaniu przez pana dyrektora Bogusława Ogorzałka ukraińska młodzież rozdzieliła się  na dwie grupy. Pierwsza wybrała się do świetlicy, gdzie czekała pani Justyna Zalewska, która przygotowała dla naszych Sąsiadów lekcję języka polskiego, druga zaś trafiła do sali Filmoteki Szkolnej, w której pani Kinga Dolatowska wraz z WF „Stach” poprowadziła zajęcia z animacji poklatkowej. 

Zabawa była świetna, dosyć dobrze się dogadywaliśmy - nie tylko przy pomocy gestykulacji, pomagał nam również pan profesor Stefan Myca. Podczas dyktanda nasi rówieśnicy nie mieli problemu z narysowaniem na kartce usłyszanego opisu, a na zajęciach filmowych wspólnie stworzyliśmy krótki film. 

Następnie wszyscy zostali zaproszeni na mały poczęstunek przygotowany przez uczniów i nauczycieli technikum oraz zwiedzanie szkoły. Po spotkaniu mili goście opuścili nas z uśmiechem i takich właśnie ich zapamiętamy.





w trakcie tworzenia filmu poklatkowego




zakończone dyktando


...najlepsze na koniec

Animacja dostępna do obejrzenia tutaj.

wtorek, 30 grudnia 2014

Poświąteczny spalacz pierogów - Łona i Webber w połczyńskim CK

Łona i Webber to znak dobrego polskiego hip-hopu. Szczeciński związek twórczy inteligentnego rapera - prawnika Adama Zielińskiego, czyli Łony i słynnego w środowisku producenta Andrzeja Mikosza, czyli Webbera, ostanio wymiata konkurencję nowym singlem - "Wyślij sobie pocztówkę". Nie jest to rap uliczny, a taki, przy którym należy się wykazać erudycją. 


Połczyńskie Centrum Kultury zaprosiło duet na koncert 27 grudnia. Zainteresowanie wydarzeniem było ogromne - sala "starego" CK była wypełniona po brzegi ku uciesze artystów i organizatorów. Nie obyło się bez opóźnienia, ale wiązało się ono z ciągłym napływem ludzi. I już od pierwszego numeru dało się poczuć energię wykonawców oraz pozytywny odbiór uczestników koncertu. Jak sam Łona stwierdził, połczynian nie trzeba było namawiać do "robienia hałasu", sami się do tego kwapili. Występ przeplatał energetyczne kawałki duetu z humorystycznymi wstawkami rapera i wspierającego go Rymka, którego urodziny przypadły na ten dzień. Usłyszeliśmy klasyki takie jak "Rozmowa z Bogiem" i "Helmut, rura!". Zabawa na dobre rozkręciła się przy utworze "ĄĘ", który, oprócz tego, że buja, ukazuje współczesny nam problem zaniedbania języka polskiego i pisania bez przypisanych mu znaków. Łona przeprowadził nas także przez Szczecin przy okazji "Do ciebie, Aniu, szłem", jednakże apogeum emocji i pląsów zdarzyło się przy "To nic nie znaczy", którego domagała się sama publika.

Z tego co zauważyłam, nie tylko fani gatunku dobrze bawili się na tym koncercie. Poza tym przyciągnął on różne grupy wiekowe, co oczywiście nie stanowiło żadnego problemu. Półtorej godziny dobrej muzyki na żywo ruszyło niejedną nogę w jej rytm, co oczywiście w okresie poświątecznym wiąże się z dużym przeciążeniem - ach, te pierogi... Po skończeniu grania, zaistniała szansa na rozmowę z muzykami. Udało się nam zdobyć też podpisy  oraz zrobić zdjęcie.



O 22 zaczęło się afterparty, na którym przygrywał dj KapOne. Miejscowi B-boye popisali się swoimi tańcami, dzięki czemu nie było miejsca na nudę.

Wielkie dzięki dla Centrum Kultury za tak świetny wieczór! A następny koncert już za miesiąc - 31.01.2015 o 20:00. A tym razem będą to zespoły spod ostrzejszej gwiazdy - Marksman i Hard to Breathe.

Materiał wideo z koncertu:


wtorek, 16 grudnia 2014

Wirtualny Festiwal Filmoteki Szkolnej w Staszicu

11 grudnia nasza szkoła uczestniczyła w Wirtualnym Festiwalu Filmoteki Szkolnej. Od godziny 10:30 podzieleni na grupy rozwiązywaliśmy zadania dotyczące historii kina, praw autorskich, treści filmów oraz słynnych aktorów. Nie obeszło się bez błędów ze strony organizatorów, co nie przeszkodziło nam w dobrej zabawie. Sam festiwal był dość ciekawym doświadczeniem dlatego, że oprócz zadań teoretycznych mieliśmy również praktyczne, które ruszyły nas do biegania z kamerą po szkole. 

Biorąc udział w tym Festiwalu, mieliśmy szansę zapoznać się bliżej z polską kinematografią oraz jej historią. W tym roku wydarzenie to było popularne w naszej szkole. W grupach zgraliśmy się oraz poznaliśmy bliżej, pracując w skupieniu nad rozwiązaniem, a jedna z drużyn - Dream Team - wygrała pierwsze z zadań.




Tego typu zajęcia filmowe w szkole są szansą, żeby poznać klasyki filmowe, a także świetnie się bawić przy próbach tworzenia własnych etiud. Dla nas liczy się ciekawie spędzony czas i mamy nadzieję, że podczas przyszłorocznego Festiwalu będzie nas więcej!

                        Paulina Wiater

Zapraszamy do obejrzenia naszych filmów:








wtorek, 4 listopada 2014

Na szpilkach

Dziś podczas apelu uhonorowaliśmy nagrodami zwycięzców II Międzyszkolnego Konkursu Literackiego "Szpilka". Zwycięską  pracę Tomasza Hołysza mieliśmy zaszczyt już publikować. Czas na prace wyróżnione autorstwa Eweliny Zdunek i Weroniki Woźniak. Miłej lektury!


1 czerwca 2014 r.
Jest dosyć późno, a ja wciąż nie mogę spać. Moje myśli wracają do wydarzeń dzisiejszego dnia. Otóż właśnie dziś poznałem osobę, która zmieniła mój pogląd na temat życia.
Jest to osoba z dystansem do siebie, potrafi spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy niż ja. Ma przepiękne rysy twarzy, cudowny uśmiech, długie, kręcone blond włosy i błękitne oczy, które śmieją się wraz z jej uśmiechem. Są to jedyne oczy, w których można dostrzec więcej radości niż u największego optymisty świata.
Jej imię to Luiza, lecz ja mówię na nią Szpilka, ponieważ w momencie, gdy ją ujrzałem, miała na nogach charakterystyczne, czerwone szpilki.
Uważała, że dodają one kobiecości i są atrybutem każdej kobiety. Nosiła je pomimo swej niepełnosprawności...
Szpilka jest ograniczona ruchowo przez wózek inwalidzki, na którym się porusza. Jej historia zupełnie zmieniła mnie i moje spostrzeżenia na temat otaczającego świata.
Wciąż widzę radość w jej oczach i to, jak potrafi cieszyć się z każdej chwili życia.
Poznałem ją przez przypadek, ale czuję, że to nie był zwykły przypadek, lecz znak... Znak, że powinienem przestać zwracać uwagę na pieniądze i rzeczy materialne, bez których do tej pory nie wyobrażałem sobie życia. Wiecznie skupiałem się na pracy i na tym, aby niczego w życiu mi nie zabrakło. Tak naprawdę nigdy nie potrafiłem wyobrazić sobie tego, że coś może mnie ograniczyć.
Szpilka udowodniła mi, że warto mieć marzenia. Powiedziała mi dzisiaj, że od zawsze chciała zostać modelką. Niestety, w wieku ośmiu lat potrącił ją samochód. Uderzenie auta było tak silne, że uszkodziło jej kręgosłup. Przeszła wiele operacji, po których powiedziano jej, że nigdy w życiu nie stanie już na nogi. Jej marzenia o zostaniu modelką prysnęły jak bańki mydlane... W jednej chwili musiała zmienić całe swoje życie.
Historia Szpilki uświadomiła mi, że nasze życie - życie każdego z nas - nie zależy tylko i wyłącznie od nas samych. Bardzo często zależy ono od innych osób...
Mężczyzna, który spowodował wypadek, jechał pod wpływem alkoholu. Siadając za kierownicę, nie wziął pod uwagę tego, że może pokrzyżować plany na życie tej oto małej dziewczynki. Dziewczynki, która niewinnie szła do szkoły.
Bardzo podziwiam Szpilkę. Nie wiem, czy po tak przykrym  zdarzeniu potrafiłbym odnaleźć się w świecie.
Każdy dzień dla niej jest dniem, w którym na nowo zaczyna swoje życie, uczy się nowych doświadczeń i cieszy z każdej chwili...
Nadal widzę ten uśmiech i niespotykaną motywację do tego, aby odkrywać życie z każdej strony. Widzę w jej oczach ogromną siłę, którą posiada i potencjał, który potrafi wykorzystać.
Tak, to zdecydowanie jeden z najlepszych dni w moim życiu...
                                                                                                                                        

Ewelina Zdunek




Poniedziałek, 24.02.2014 r.

            Co za dzień! Kto by przypuszczał, że moje przeznaczenie w końcu się odmieni. Mówią, że każdy dzień jest zaproszeniem do szczęścia. Cóż, gdyby nie dzisiejsze dwadzieścia cztery godziny nadal byłabym odmiennego zdania. Ale może od początku?
Jak zwykle po weekendzie przyszła pora na otwarcie zakładu krawieckiego, w którym pracowałam już 23 lata. Jak ten czas szybko leci... Pamiętam te czasy, w których było się młodą, niezardzewiałą szpilką. Kiedyś przydatna byłam tylko w nagłych przypadkach, jednak kiedy znalazłam sobie pracę u krawcowej, co chwilę miałam jakieś zajęcie. Po dziś dzień byłam niezwykle pomocna przy upinaniu tkaniny lub zaznaczaniu linii szycia, ale zaraz, co ja piszę? Do rzeczy!
    Moja praca zwykle zaczynała się o godzinie 9. Tym razem wyciągnięto mnie z mojej poduszki już o 8! Szefowa, która mną operowała, bardzo się spieszyła i co chwilę gubiła igły, szpilki i inne krawieckie narzędzia. Ja już wcześniej zostałam przypięta do bardzo niewygodnego materiału. To chyba był wełniany garnitur. Dotychczas byłam na przyjemnych w dotyku materiałach, takich jak bawełna, jedwab itp. Czasem były to materiały z najwyższej półki! Nieraz zdarzyło się, że musiałam przebywać w towarzystwie wełny, której jakoś nie cierpię, ale były to tylko chwilowe sytuacje. W każdym razie to był wyjątkowo pracowity dzień. Krawcowa była dumna, że sam Leonardo DiCaprio zlecił jej wykonanie stroju na ceremonię wręczenia Oskarów.
    Kiedy zaczynałam czwartą godzinę mojej pracy, szefowa zaczęła brać się do zszywania poszczególnych kawałków tkaniny (dodam, że ja utrzymywałam kieszonkę). Co chwilę przewijała się koło mnie taka jedna nowa igła z pozłacanym uchem. Mówię wam, miała totalną pustkę w głowie! No dobrze, może nie totalną, bo przez dziurę w jej głowie przebiegała czarna nić. Myślałam, że gorzej już być nie może... Szefowa, kończąc szycie, zabierała po kolei inne szpilki i układała je do poduszki. Kiedy przyszła kolej na mnie, z ulgą pomyślałam, że już nie muszę leżeć w tym twardym materiale i zaraz znajdę się w swojej miękkiej poduszeczce. Niestety... Krawcowa nie tylko upuściła mnie na podłogę, mało brakowało, a by na mnie weszła! Na szczęście zdążyłam się przeturlać kawałek dalej. Próbowałam rzucać się w oczy, ale bez skutku. Czemu niby szefowa miałaby się interesować takim małym, cienkim kawałkiem metalu? Po godzinie bezradnego leżenia na podłodze powiedziałam sobie, że nadszedł czas, aby poszukać innej roboty. Najpierw wturlałam się pod szafkę, aby tam odbyć dalszą wyprawę w kierunku drzwi na wielki świat. Wiecie, co tam odnalazłam? Moją dawną przyjaciółkę, która zginęła jakieś 3 lata temu! Myślałam, że  odeszła na emeryturę. Pogadałam z nią, opowiedziałam, jak się tu znalazłam i ruszyłam w dalszą podróż. Po drodze spotkałam stare igły, szpilki i mnóstwo innych rzeczy, które kiedyś nagle zniknęły. W końcu dotarłam pod drzwi. Pomyślałam, że najgorsze już za mną, lecz kiedy wydostałam się przez szparę pod drzwiami i spojrzałam przed siebie, żałowałam tych myśli. Czekały mnie jeszcze cztery schody... Pół godziny zajęło mi schodzenie po trzech schodkach! Kiedy byłam na krańcu czwartego, zauważyłam idącego w moją stronę chłopca. I wtedy do głowy wpadł mi genialny pomysł! Kiedy chłopiec był w zasięgu mojej nóżki, skoczyłam na jego but i wplątałam się w sznurówkę. Miałam nadzieję, że po drodze będzie jakiś zakład krawiecki. Nadzieja moja jednak szybko się ulotniła. Chłopiec, po przejściu kilku kroków, wszedł do domu. Próbowałam się odczepić od jego sznurówki, lecz kiedy szarpałam mocniej, coraz bardziej się wplątywałam. Powiedziałam sobie, że moje życie już nie ma sensu. Przychodziły mi do głowy najróżniejsze rzeczy - a to, że chłopiec mi oderwie główkę, a to, że mnie wyrzuci do kosza i stamtąd już nie będzie ucieczki. Spodziewałam się po prostu najgorszego...
    Chłopiec, rozwiązując buty, zauważył mnie. Gdy wyciągał po mnie rękę, ja w celu samoobrony ukłułam go... Wiem, że było to niemądre, ale co innego mogłam zrobić? Ja, taka mała szpilka... Możecie się jednak domyślić, jakie było moje zdziwienie, kiedy chłopak wyjął mnie ze sznurowadła i zaczął cieszyć się, i podskakiwać ze mną w ręku. Chwilę później znalazłam się na blacie biurka. Nie wiedziałam, co się ze mną stanie. Chłopiec usiadł na krześle i wyciągnął coś kolorowego z szafki. Patrzyłam, jak sprawnie i szybko to składa, rozkłada, nacina, wycina, przecina i zgina. Następnie wziął mnie w palce jednej ręki i z miną odkrywcy przymocował mną to, co powstało, do drewnianego patyczka. Domyśliłam się już, co tworzył... W jednej chwili stałam się integralną częścią papierowego wiatraczka! Kolorowy świat zaczął się kręcić wokół mnie. Chłopiec zabiera mnie ze sobą na dwór, chwali się kolegom. Uwielbiam moją nową pracę! Chociaż powiem wam szczerze, że drewno to nie jest jednak to samo, co jedwab...
    Byłam zła na siebie, że przeszły mnie myśli o braku sensu mojego życia. Cieszę się, że dla kogoś stanowię jeszcze jakąś wartość!



                                                                                                                                    Weronika Woźniak

sobota, 25 października 2014

Warsztaty animacji w Staszicu



16 października odbyły się warsztaty animacji poklatkowej prowadzone przez panią Kingę Dolatowską - liderkę Filmoteki Szkolnej. Do udziału zaproszeni zostali uczniowie okolicznych gimnazjów. Frekwencja dopisała. W pracy pomagali nieocenieni młodzi zdolni działający w szkolnym kole filmowym STACH. Efekty pracy możecie oglądać na naszym kanale. 


Granice


Po południu w kinie goplana odbyła się uroczysta prezentacja filmów oraz pokaz znakomitych dzieł polskiej animacji. Widzom szczególnie przypadł do gustu film Kacpra Zamarły pt. "Casting".



Poniżej możecie obejrzeć zdjęcia z warsztatów autorstwa Oliwii Brzezińskiej.

Redakcja


















sobota, 18 października 2014

SZPILKA

Z przyjemnością publikujemy opowiadanie laureata III Wakacyjnego Konkursu Literackiego.

SZPILKA

            Był piękny poranek 29 czerwca 1939 roku. Spędzałem wakacje, jak co roku, w szwajcarskiej Lucernie. Ale zacznijmy od początku. Nazywam się James Kennedy, mam 30 lat i od niedawna jestem pracownikiem amerykańskiego National Gallery of Art. Czas na wakacjach upływał mi powoli, bez żadnych burzących krew w żyłach przygód. Całe dnie spędzałem na podziwianiu pięknych widoków. Podczas jednego z nich obserwowałem delikatne fale na rzece Reuss z drewnianego mostu Kapellbrucke. W Szwajcarii wszystko było inne - spokojniejsze i bez napięcia udzielającego się reszcie świata z powodu pogłosek o nadchodzącej wojnie. Oczywiście, tu też docierały wieści o nazistowskich ekscesach w Niemczech, ale nie zwracałem na nie uwagi, może dlatego, że oczarowali mnie tam SS-mani, bardzo szarmanccy i w pięknych, czarnych mundurach. Wywarli na mnie pozytywne wrażenie i wcale się nie przejmowałem ich chorą ideologią.
           Tymczasem spotkałem się z moim przyjacielem z Niemiec - marszandem Walterem Feilchenfeldtem. Nie miałem pojęcia, że też jest w Szwajcarii. Spotkałem go przypadkiem w recepcji Grand Hotelu, w którym się zatrzymałem. Zjedliśmy razem kolację i postanowiłem spytać go o powód jego wizyty.
- „Co, znowu jakieś obrazki będziesz kupował?” – spytałem żartobliwie (nazajutrz miała odbyć się aukcja dzieł malarzy, którzy nie przypadli Hitlerowi do gustu). A on odparł na to ze śmiertelną powagą, że należy ratować skarby kultury europejskiej. Po tym jego patetycznym stwierdzeniu na mojej twarzy zarysował się uśmiech, ale zaraz znikł, gdy Walter opowiedział mi z bardzo drastycznymi szczegółami o okropnościach, jakich hitlerowcy dopuszczali się na Żydach, komunistach i wszystkich innych, którzy im się „nie podobali”. On sam uciekł do Amsterdamu po ogłoszeniu ustaw norymberskich.
            Gdy skończyła się nasza rozmowa o Niemczech i później o pięknych dziełach Picassa, Braque’a i Kokoschki, które miały być wyprzedawane z niemieckich muzeów następnego dnia w hotelu, Walter udał się zmęczony do swojego pokoju. Ja postanowiłem zapłacić rachunek i zrobić to samo. Gdy mijałem ostatnie stoliki restauracji, na jednym spostrzegłem piękną, złotą i przyozdobioną szafirem szpilkę do krawata. Wyglądała na bardzo drogą. Rozejrzałem się, w dali korytarza zobaczyłem plecy nieznajomego mężczyzny. Podbiegłem do niego i spytałem, czy to nie jego „drobiazg” znalazłem. Był bardzo wdzięczny, natychmiast przedstawił się jako Theodore Fischer. Spytał, czy interesuję się malarstwem? Odparłem, że oczywiście, na co on zaproponował, bym przyszedł na jutrzejszą aukcję i dał mi swoją wizytówkę. Zgodziłem się bez wahania i poszedłem do pokoju, ale nie mogłem przestać myśleć o przepięknej szpilce, czułem, że w przyszłości wiedza o tym, kto jest jej właścicielem, będzie mi potrzebna niczym oddech.
            Wielki dzień okazał się być lekko deszczowy. Aukcja odbyła się popołudniem i była oszałamiająca, bo na sprzedaż wystawiono 126 obrazów i rzeźb współczesnych artystów. Na sali było duszno. Hol wypełniali ciekawscy Szwajcarzy. W pewnym momencie na scenę wkroczył znajomy mi Fischer. To właśnie on prowadził aukcję.
            Sama aukcja wyglądała dziwnie. Moi rodacy licytowali nisko, tylko Belgowie zrobili dobry interes, kupując kilka świetnych obrazów Picassa, Noldego i Grosza za bezcen. Mój kolega Walter nic nie kupił. Dochód z aukcji wyniósł jedynie 500 000 franków. Najdziwniejszy był jednak sposób prowadzenia aukcji przez człowieka ze szpilką w krawacie. On jeszcze wczoraj wydawał mi się być dżentelmenem, a dziś tylko prostakiem. W czasie aukcji nie krył pogardy dla wspaniałych obrazów. O „Mężczyźnie z fajką” Pechsteina powiedział z przekąsem, że to portret autora. Ale największą radość sprawiało mu wycofywanie obrazów, na które nie było chętnych. Oświadczał wtedy tubalnym głosem: „Wycofany!”, co kłuło uszy niczym moje myśli jego złota szpilka.
            I ja, i Walter byliśmy ciekawi, co stanie się z „wycofanymi” obrazami. Zaintrygowało nas to i postanowiliśmy się tym zająć. Po aukcji  dowiedziałem się od obsługi technicznej, że niemieckie muzea nic z tego nie będą miały, bo na polecenie hitlerowców cały dochód bezpiecznie został ulokowany w angielskich bankach. Walter natomiast wyciągnął od jednego ze współpracowników Fischera, że niesprzedane obrazy zabrał premier Prus - Goering. Wspólnie mieliśmy to dokładniej zbadać, bo w końcu po co ważnemu naziście sztuka „zdegenerowana”?
            Nasze śledztwo przerwał jednak bardzo ważny dzień: 1 września. III Rzesza napadła na Polskę, wkrótce potem zaatakowała kraje zachodnie. Pospiesznie się spakowałem i nie bacząc na nic, już 10 września byłem w pokojowej Ameryce. Gdy tylko tam wróciłem, popadłem w stagnację. Dotykając ziemi Waszyngtonu, od razu zapomniałem o gburowatym Fischerze, o jego złotej szpilce i obrazach Goeringa. Zamknąłem europejski rozdział z pewnym smutkiem niedokończonego śledztwa. USA, ku mojemu zdziwieniu, było jeszcze  bardziej zaciszne niż spokojna Szwajcaria. Z moimi kolegami z pracy rozmawialiśmy o wojnie, o jej okropnościach, ale żadnemu z nich nawet przez myśl nie przeszło, byśmy ginęli za Europę.
            Każdy następny dzień stawał się coraz gorszy, ogarniała mnie nuda i myśli, że źle zrobiłem, wyjeżdżając ze Szwajcarii. Na szczęście nadszedł sądny dzień, po ataku na Pearl Harbor Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny. Po męczących dwóch latach, życie znowu nabrało koloru jak wcześniej. Z pasją zabrałem się do powierzonego mi zadania - ukrycia w bezpiecznym miejscu dzieł sztuki z mojej galerii. Wybrałem posiadłość J.P. Morgana w Biltmore. Niekończąca się kolumna ciężarówek jechała do bezpiecznej kwatery, jaką im wybrałem. Już 6 stycznia dotarły obrazy Rafaela, Botticelliego i Rembrandta, a 12. były wszystkie, jakie trzeba było bezwzględnie chronić.
            Pełen optymizmu na myśl o nowym zadaniu, a zwłaszcza o wysłaniu mnie do Europy jako oficera od zabytków, wróciłem do siedziby National Gallery. Moje nadzieje runęły jak domek z kart, gdy wszedłem do gabinetu szefa. Ten tęgawy i ledwo widoczny zza ogromnego, ciemnego biurka człowiek rozwiał moje nadzieje, zlecając mi papierkową robotę. Przekonywałem go, jak tylko mogłem, ale był nieugięty. Całe dnie spędzałem na czytaniu i przekazywaniu raportów z Włoch i Francji. Pisali je ci, którzy mieli więcej szczęścia niż ja i pojechali do Europy.
            Wojna była już bliska końca i myślałem, że nigdy nie rozwikłam zagadki ze Szwajcarii, jaką jeszcze przed wojną żyliśmy z Walterem. W połowie lutego, gdy przewalałem właśnie tony papieru, odwiedził mnie jakiś ponury i oschły oficer, który wydał mi się strasznym służbistą. Przyszedł do mnie, aby mnie przesłuchać, wypytywał o mój pobyt w Szwajcarii, o Waltera i o aukcję, na której byłem. Wszystkie moje odpowiedzi skrupulatnie notował. Gdy skończył pytać, zapanowała ponura cisza, bałem się odezwać, a on wpatrywał się w swój notes. Nagle oderwał wzrok od notesu i powiedział:
- „Ubieraj się!”, na co ja spytałem: „Co mi zarzucasz?” i wtedy po raz pierwszy zobaczyłem uśmiech na jego twarzy. Oświadczył, że dowództwo armii chce, abym pojechał do zrujnowanych Niemiec i odszukał  nowoczesną sztukę Goeringa…
            Przybyłem do Niemiec opromieniony szczęściem dokończenia przygody i znów spotkałem się z moim przyjacielem. W dzień zwycięstwa dostałem się z Walterem i dwoma chłopakami z Metropolitan Museum do Altaussee na południu, gdzie, jak donosił nasz wywiad, w kopalni ukryto skarby zrabowane w całej Europie. Sztuka nowoczesna też tam miała być. Obawialiśmy się ostrzału, bo informacja o końcu wojny mogła tam nie dotrzeć. Gdy wjechaliśmy w ciasne uliczki miasteczka, nasze obawy stały się żywe. Z okien zrujnowanego budynku posypał się w naszą stronę grad pocisków. Wbiłem pedał gazu w podłogę, a zdezelowany Jeep przyśpieszył tak szybko, jak tylko mógł. Walter sięgnął po jedyną broń, jaką mieliśmy i szybką serią zastrzelił widocznych w oknach Niemców. Jeden wypadł z okna, Walter błyskawicznie pobiegł po jego MP40 i jeszcze szybciej wrócił do wozu. Odjechaliśmy czym prędzej, ale aż do kopalni, która nawet nie była zaminowana, droga przebiegła bez zakłóceń.
            Kiedy dojechaliśmy na miejsce, w naszą stronę wyszli miejscowi chłopi. Walter trzymał broń z palcem na spuście, na szczęście było to niepotrzebne. Chłopi byli przyjaźnie nastawieni i nie byli hitlerowcami – pluli na swastykę leżącej na ziemi flagi. Okazali się być bardzo pomocni, mieli mapę kopalni z zaznaczonymi skrzyniami dla Hitlera i tymi dla Goeringa. Podziękowaliśmy, jak tylko umieliśmy i zostawiwszy chłopaków z metropolitanu w oczekiwaniu na posiłki ze sztabu, poszliśmy się rozejrzeć za dziełami, które widzieliśmy ostatnio w Lucernie. Weszliśmy do kopalni pełnej skrzyń, po ziemi walały się ukochane Durery Hitlera, a pod ścianami były poustawiane najwspanialsze obrazy świata. „Prawdziwe skarby”- stwierdził Walter. Po długim zwiedzaniu wkroczyliśmy do tunelu zarezerwowanego dla Goeringa. Poświeciłem latarką i naszym oczom ukazało się… zupełnie nic. Sztolnia była pusta. Rozglądaliśmy się, jak tylko mogliśmy, szukaliśmy zamurowanej ściany czy czegoś w tym rodzaju, ale nic nie było. Walter poszedł zobaczyć inny tunel obok.
 Odwróciłem się i poczułem coś jak ukłucie szpilką. Poświeciłem latarką i zobaczyłem coś błyszczącego daleko przed sobą. Podbiegłem do tego „czegoś” i zobaczyłem szpilkę, o której nie myślałem przez sześć lat, a teraz znowu moje myśli były skupione tylko na niej. Nie mogłem zrozumieć, co Fischer mógł tu robić, przecież był tylko sprzedawcą. Nawet taki narodowy socjalista jak on nie mógł wierzyć w ostateczne zwycięstwo, więc po co byłyby  mu obrazy zabrane z muzeów strasznie trudne do upłynnienia. Przypomniało mi się, że Goering i Fischer byli bliskimi współpracownikami w czasie wojny, marszałek dużo od niego kupował i mu sprzedawał, więc „Szpilka” poza Hitlerem i kilkoma wysokimi SS-manami był jedyną osobą, która wiedziała, gdzie te obrazy są. Pewnie też wiedział, że gruby marszałek popełni samobójstwo albo zostanie aresztowany, pozbawiając kolekcję właściciela. To było jak grom z jasnego nieba. Podniecony sięgnąłem do kieszeni po wizytówkę, którą przechowywałem od 1939 roku. Pan gubiący szpilki podał w niej trzy miejsca, gdzie można go było znaleźć. Po przeczytaniu nie mogłem uwierzyć swojemu szczęściu. Jeden adres z wizytówki to miejsce oddalone od Altaussee  zaledwie o kilka kilometrów.
 Podniecony wykrzyknąłem ze szczęścia – „Szpilka cię zdradziła!”. Walter przybiegł zdyszany. „Co się stało?” – spytał. Odpowiedziałem, że znowu się spotkamy z Theodorem Fischerem. W tym momencie usłyszeliśmy głosy żołnierzy z 3. armii. „W samą porę” - pomyślałem. Wyszliśmy ich przywitać, Walter wziął dwóch rosłych i pojechaliśmy oddać zgubioną szpilkę.
Dotarliśmy na miejsce. Naszym oczom ukazała się piękna willa z zamkniętą bramą. Gdy się zatrzymaliśmy, wybiegł do nas przygarbiony i ubrany w łachmany mężczyzna. Rozpoznałem go w pierwszej chwili, choć on mnie nie. Na mój znak chłopaki z 3. armii wzięli go na muszki, a ja triumfalnie oświadczyłem: „Zgubił pan szpilkę”. Poznał mnie, nie stawiał oporu. Zaprowadził nas do piwnicy domu stróża. Tam pod podłogą znaleźliśmy skrzynie ze „sztuką zdegenerowaną”. Kiedy  je otwieraliśmy, Fischer nagle odepchnął jednego żołnierza, wydzierając mu jednocześnie z rąk pistolet, drugi jednak natychmiast władował w niego prawie cały magazynek. Oniemiałem. Trzęsąc się, wyciągnąłem mu z kieszeni złotą szpilkę i wpiąłem w ubranie. 
             



Do napisania opowiadania zainspirowała mnie książka Lynn H. Nicholas pt. „Grabież Europy”. 



Tomasz Hołysz