środa, 25 maja 2011

Ryzyko i Pasja, czyli o najbardziej widowiskowym sporcie świata


      Zapach spalin, ryk silników, tłumy kibiców wiwatujących na cześć swojego ulubieńca… każdy chciałby przeżywać coś takiego. Niestety tylko najlepsi kierowcy na świecie – kierowcy formuły pierwszej mogą być tymi szczęściarzami. F1 towarzyszy nam od dawna. Przez tę dyscyplinę przewinęło się niemało osobistości, wspaniałych, bardzo utalentowanych ludzi, którzy przez lata ścigali się dla swoich zespołów. Zarabiając przy tym niebagatelne sumy pieniędzy. Żaden sport nie łączy w sobie tyle pasji, sukcesu i niestety tragedii w takim wymiarze jak Formuła1. Jest to niezwykły spektakl zarówno wielkich radości jak i prawdziwych dramatów.
      Formuła1 od zawsze kojarzyć nam się będzie z postępem technicznym, dzięki czemu prawdopodobnie jest najbardziej zmiennym sportem na świecie. Początki królowej sportu wyglądały inaczej niż wyścigi w XXI wieku. Kierowcy w bolidach bez kasków, pasów bezpieczeństwa, tory wyścigowe liczące po 500 km i trwające po 3 godziny wyścigi to przeszłość. W dzisiejszych czasach wyścigi są planowane przynajmniej rok wcześniej, kask, pasy bezpieczeństwa i mnóstwo innych systemów ochronnych to już nieodłączne rzeczy towarzyszące kierowcom F1. Czasy, w których można było kupić sobie bolid za około 50 tys. euro już dawno minęły. Aby móc choć zacząć myśleć o zbudowaniu własnego zespołu i zgłoszeniu go do mistrzostw, trzeba myśleć na początku o kwotach rzędu 10 milionów euro. Ten sport różni się od wszystkich innych sportów tym, że od ponad półwiecza mistrzowie tych zawodów są znani na całym świecie. Juan Manuel Fangio, Jack Brabham, Emerson Fittipaldi, Niki Lauda, Alan Prost, Nelson Piquet, Ayrton Senna czy Michael Schumacher to tylko niektóre nazwiska byłych mistrzów Formuły1, które wymawiane były w prawie każdym zakątku świata. 
      ,,Co roku ktoś zostaje mistrzem, ale nie co roku jest to wielki mistrz’’ – słowa te wypowiedział trzykrotny mistrz i jeden z najlepszych kierowców świata, na przykładzie którego doskonale można opisać, jak niebezpiecznym i tragicznym sportem jest F1. Senna zginął 1 maja 1994 roku podczas Grand Prix San Marino na torze Imola. Jego bolid wypadł z zakrętu i z prędkością ponad 200 km/h z impetem uderzył w betonową barierę ochronną. ,,Sprawiał wrażenie spokojnego. Podniosłem mu powieki i po wyglądzie źrenic zorientowałem się, że doznał poważnego urazu mózgu. Wyciągnęliśmy go z kokpitu i położyliśmy na ziemi. Gdy to zrobiliśmy, jakby westchnął i, choć jestem agnostykiem, przysięgam, że widziałem, jak w tym momencie uchodzi z niego dusza... ‘’ – tak powiedział tuż po wypadku Senny oficjalny lekarz FIA, Sid Watkins. Ayrton został pochowany w rodzimym kraju, w Sao Paulo, w Brazylii.
      Jak wiemy, w tym sezonie nie widzimy naszego rodaka w F1 – Roberta Kubicy, ponieważ uległ on wypadkowi w rajdzie Włoch i przechodzi właśnie rehabilitację w swojej posiadłości w Monako. Kubica niemal całe życie poświęcił wyścigom. Ale dopiął swego – jest pierwszym Polakiem, który startuje w F1. O takich ludziach jak on mawiają, że w ich żyłach płynie zamiast krwi benzyna. Na szczęście pasję Roberta bardzo dobrze rozumieli rodzice, bo przecież nie wszyscy pogodziliby się z faktem, że ich pociecha już po I klasie liceum kończy edukację. Sam Kubica nie żałuje z pewnością swojego wyboru, gdyż jak powiedział : ,, W Formule1 nie ma odpoczynku. Ale dzięki temu nie siedzę teraz na ławce przed blokiem z papierosem i piwem, tylko robię coś porządnego’’. Jak dotąd Polak wygrał tylko jeden wyścig, ale kibice w Polsce i we Włoszech nadal wierzą, że Kubica pokaże jeszcze nieraz, na co go stać.
      W ten weekend gościliśmy królową motor sportu w Hiszpanii na torze  Circuit de Catalunya. Specjaliści na ten wyścig mawiają „procesja”, lecz w tym roku ma być inaczej dzięki nowinkom technicznym, jakie nakazała stosować międzynarodowa federacja motor sportu – FIA.

System DRS, czyli system wygaszania tylnego skrzydła, który ma na celu zwiększyć ilość wyprzedzeń w sezonie 2011 a w połączeniu z systemem KERS, o którym było już głośno w sezonie 2009, ma zapewnić niezapomniane emocje i wspaniałe manewry wyprzedzania. Po pasjonującym wyścigi pierwsze miejsce zajął Sebastian Vettel a tuż za nim na metę dojechali Lewis Hamilton i Jenson Button. Następny wyścig odbędzie się już w przyszłą niedzielę na legendarnym i najbardziej prestiżowym torze ulicznym w Monako.

Paweł Walczak I C

poniedziałek, 23 maja 2011

Pomimo ery komputerowej, w której żyjemy, oprócz wielu nowoczesnych rozrywek do najbardziej popularnych wciąż zalicza się czytanie książek. Dlaczego książki cały czas tak na nas działają? Jaka siła w nich zawarta sprawia, że nie możemy się od nich oderwać?

      Czasami nurtują mnie te pytania, na które pomimo częstego sięgania po książki nie do końca mogę sobie odpowiedzieć. Wiele zbieranych przez lata doświadczeń pokazuje mi jednak, że książki nie są zwykłymi literami na papierze. Zawarta jest w nich cała głębia myśli autora. Pogrążając się w lekturze możemy wejść w jego umysł, poznać jego poglądy i tok myślenia, który częstokroć jest bardzo skomplikowany. Czyż nie jest przyjemne, gdy w zwykłym zdaniu, z pozoru odnoszącym się do powszechnej sytuacji odnajdujemy głębszy sens i aluzję do motywu przewodniego całego utworu? Dla mnie takie odkrycie jest powodem do zadowolenia.
      Moja przygoda z czytaniem rozpoczęła się tak naprawdę pod koniec gimnazjum. Wówczas to zacząłem odnajdywać w książkach coś, co sprawiało, że żyło mi się lżej. Przez całe wieki istnienia literatury twórcy przelewali na papier całe swoje jestestwo. W ogromie powstałych dzieł zostały zawarte chyba wszystkie elementy towarzyszące nam po dziś dzień w życiu. Cała mozaika uczuć, od tych najpiękniejszych po najbardziej obrzydliwe, tkwi w książkach. Czytając, przekonujemy się, że problemy dręczące współczesnych nie są wcale nowe, lecz już przed wieloma latami ludzie borykali się z podobnymi kłopotami. Często dowiadując się o jakiejś nowej idei, która szerzy się na świecie, myślę, że jest ona nowym wynalazkiem, wymyślonym przez współczesnych. Jednak po jakimś czasie, gdy już zupełnie o niej zapomniałem, znów się o niej dowiaduję, już nie z telewizji, lecz z książki, i to wcale nie z naszej epoki.
      Zastanawiająca jest dla mnie jedna rzecz: czy papier nie jest o wiele bardziej wrażliwy niż kineskop, kable itp.? Dlaczego więc do naszych czasów przetrwały dzieła Sofoklesa, Platona, Horacego czy Wergiliusza? Na tych przykładach widzimy, że papier, czy pergamin są w stanie przetrwać wieki, a gdyby dokładnie poznać historię starych woluminów i przelać ich losy na papier, powstałyby z pewnością opasłe tomy. Biorąc do ręki książkę, nowszą czy starszą, często zastanawiam się, jaką drogę musiała przebyć, zanim trafiła w moje ręce. Sprawą dla mnie bardzo ciekawą i ściśle powiązaną z historią danej książki jest to, ile razy była ona wypożyczana. Dlatego czasami, gdy natrafię na stare biblioteczne karty, pochodzące sprzed ery komputerów, rzucam okiem na to, jak często i kiedy książkę tę wypożyczano. Przyjemnie jest pomyśleć, że 10 czy 15 lat temu ktoś w zimowy wieczór spędził nad tym dziełem trochę czasu. Tu widzę kolejną zaletę książek – łączą ludzi.
      Mnóstwo osób uwielbia niespodzianki. Podchodząc do bibliotecznych regałów możemy sobie sprawić całe mnóstwo takich niespodzianek. Sięgając po książkę, której kompletnie nie znamy, bierzemy ją w ciemno, nie wiedząc, na co się w niej natkniemy. Sam lubię sięgać po takie dzieła, o których prawie nic nie wiem. Ale jak to z niespodziankami bywa, mogą one wzbudzić w człowieku zadowolenie, jak i mogą skutecznie zniechęcić. Ja preferuję książki zaliczane do klasyki. Sięgając po lektury z tego działu, kieruję się dwoma głównymi powodami.
      Chcąc ustrzec się przed zniechęceniem, sięgam po dzieła, które są zatwierdzone przez najlepszego weryfikatora – czas. Jeżeli przez lata dana książka się nie zestarzała, jest to najlepszy dowód na jej wartość. Dzieła takie możemy poznać po nazwiskach ich autorów. Nazwiska te, mimo że pokryte już patyną czasu, na stałe wpisały się do panteonu wybitnych postaci. W dziełach tych, które często pochodzą z kanonu lektur, znajduje się ogromna ilość informacji i problemów odzwierciedlających czasy, w których przyszło żyć autorowi.
      Kolejnym powodem, który przyciąga mnie jak magnes do tego typu książek, jest tradycja. Chcąc poznać dany kraj, jego kulturę, należy w pierwszej kolejności sięgnąć do jego literatury, która jest miarą rozwoju państw. Tak jest również w przypadku Polski, która ma się czym pochwalić. Kultura występująca dziś na obszarze naszego kraju nie zrodziła się powstałej niedawno telewizji czy jeszcze nowszego Internetu, lecz z dzieł literackich przez pokolenia tworzonych. Literatura klasyczna dała podwaliny innym gatunkom, które możemy nazwać jej dziećmi. Jest ona tym w całej literaturze, czym fundament dla dobrego domu. Oprócz tych dla mnie ważnych, powodów kieruje mną jeszcze jeden. Książki tworzone przez wybitnych pisarzy naprawdę przypadają mi do gustu i, uwierzcie mi na słowo, to da się czytać. Ambitne lektury można traktować jak wyzwanie, na przykład zdobywanie górskiego szczytu. Jeżeli dzieło nas pokona i jeszcze nam się nie uda przez nie przejść, możemy spróbować znowu po pewnym czasie. To naprawdę nic nie kosztuje, a satysfakcja płynąca z przeczytania takiego dzieła jest duża.
      Kończąc, mam nadzieję, że chociaż trochę przybliżyłem Wam, drodzy czytelnicy, czym dla mnie jest obcowanie z książką. Żywię również nadzieję, że choć jedna osoba podejmie wyzwanie i sięgnie po dzieło nieznane, choć gwarantujące wysokie loty.



Tomasz Buczma

niedziela, 22 maja 2011

Miesiąc z Biblioteką

      Już wkrótce dobiegnie końca rok szkolny, powoli zamykane są wszystkie arkusze ocen, ostatnie sprawozdania miękko lądują na biurkach sekretariatu, dobiwszy ostatnich fragmentów krótkiego, trwającego tylko 10 miesięcy taktu... Ale musicie wiedzieć, że nie wszystko kończy się w tym roku szkolnym.
Mamy zaszczyt otworzyć dla Was akcję „Miesiąc z Biblioteką”. Jest to projekt naszej redakcji, podczas którego chcemy prezentować artykuły mówiące o tym, co czytamy, dlaczego chcemy czytać, co nam dały książki, z jakiego powodu tak dobrze czujemy się w bibliotece... Każda publikacja wchodząca w skład serii artykułów z akcji „Miesiąc z biblioteką” będzie oznaczona poniższym obrazkiem.

W czasie akcji będziemy tworzyć nowe sondy związane z czytaniem książek. Dziś udostępniamy pierwsze pytanie „Po jakie działy literatury sięgasz najchętniej w bibliotece?”. Wiemy, że są wśród nas wytrawni odbiorcy bibliotecznych nowości, dlatego wprowadzamy opcję, która umożliwi wam wybranie kilku odpowiedzi.
Myślimy, że nasza inicjatywa wielu z Was zainteresuje, zachęcamy do wzięcia udziału w sondzie.
Nasze przedsięwzięcie chcemy zakończyć spotkaniem uczniów z kilkoma nauczycielami z naszej szkoły. Planujemy, aby opowiedzieli, co pasjonuje ich w książkach, co sami czytają. Jesteśmy w trakcie rozmów z profesorami, z którymi chcielibyśmy podjąć współpracę. O dalszych szczegółach a także o możliwości zapisu na spotkanie będziemy informować na bieżąco. Już wkrótce pierwszy artykuł!

Redakcja „Stacha w Podziemiach”

sobota, 21 maja 2011

Forum otwarte!!!


    W ostatnim czasie, w naszej szkole bardzo popularna stała się pewna forma towarzysząca uroczystościom szkolnym – okazyjne stroje. W Walentynki włożyliśmy na siebie czerwone kreacje, w Dniu Kobiet ubiór nasz był galowy, wreszcie w pierwszy dzień wiosny spacerowaliśmy przez miasto ubrani we wszystkie kolory tęczy. Pojawiły się głosy krytykujące tę monotonność, dlatego też chcielibyśmy wiedzieć, jakie jest twoje zdanie na ten temat i czy masz jakieś inne propozycje, czy wiesz, jak sprawić, aby szkolne uroczystości sprawiały nam, uczniom jak najwięcej radości?  
     Z tego względu stworzyliśmy dla Ciebie, drogi czytelniku, forum które mamy nadzieję będzie służyło tworzeniu nowych pomysłów na przeprowadzanie szkolnych uroczystości, a także otwierało coraz to nowe dyskusje na Wam bliskie tematy.



Serdecznie zapraszamy! 


 Redakcja "Stacha w Podziemiach"

piątek, 20 maja 2011

Czekolada, poezja i koniec świata…


     Czekolada. Twaróg i śmietana. Co będzie jeść moja rodzina? Koniec świata. Wiem. Wszędzie o tym trąbią. Tylko bez wrzasku. Głowa mi pęka. Czuje się napięcie w powietrzu. TO już. Magazyn dziwny. Jeszcze chleb. Wszyscy czekają. Nikt nie robi zakupów. Jak oni wyobrażają sobie życie po końcu świata? Przecież jakoś trzeba będzie żyć. Życie toczy się dalej. Żeby nie wiem co. Zawsze tak będzie. Czekają na zewnątrz. Rodzina, przyjaciele. Wszyscy. Tylko ja się martwię. Ściany się zawalą? Podobno jest taka możliwość. Każą mi uciekać. Zaraz. Jeszcze ser. Przecież nie jem mięsa. Jakiś tam koniec świata nie przyjdzie sobie ot tak i nie zrobi ze mnie mięsożernego potwora. Po moim trupie. Ta torba jest już zbyt ciężka. I coś słodkiego. Uwielbiam słodkie. Poprawia mi humor. Obok stoi gablota z książkami. Piękna, łososiowa oprawa, trochę chropowata. Z napisem „Poezja”. Nie ma autora. Wybijam szybę w gablocie. A co mi tam. W końcu koniec świata, nikt mi nie udowodni. Dotykam jej. Niesamowita. Torba ląduje na ziemi. Z uśmiechem wychodzę na zewnątrz. O mój Boże, drzwi zatrzaśnięte. A torba? Została w środku! Ściskam dwoma rękoma książkę. Nic mi więcej nie potrzeba. Dotykam różańca na palcu. Jestem gotowa…

 Maja Gorochowik 

Ponoć to już jutro, w każdym razie my zamierzamy trwać do końca niczym orkiestra na Titanicu – z pozdrowieniami – Redakcja :)


wtorek, 17 maja 2011


         Duże musiałyby być radiowozy, by policja mogła aresztować oddział harcerzy. Też terenowe, by mogły dojechać nad jeziora celem aresztowania rybaka albo przedrzeć się przez las do turysty-bushcraftera. Domy musiałyby wolno płonąć, by aresztowany podczas akcji strażak zdążył odbyć wyrok. Trzeba wynaleźć wodoodporny portfel, by nurek mógł mieć przy sobie fundusze na zapłacenie za mandat ścigającemu go przy dnie policjantowi. I oczywiście obowiązkowo każdy komisariat musiałby kupić łódź, bo jak bez niej ścigać żeglarzy? Ciekawe, czy starczyłoby miejsc w więzieniach dla rekonstruktorów spod Grunwaldu. To przecież zorganizowana grupa przestępcza wyrabiająca i posiadająca broń! Na pewno drastycznie zwiększyłaby się liczba sierot, bo ich rodzice trafiliby do więzień za przygotowanie dzieciom kolacji…
Ale bzdury wypisuję powyżej. No dobra, może przeginam, a jednak trochę tu prawdy. Dlaczego? Zastanówmy się zatem, co łączy tych wszystkich wyżej wymienionych potencjalnych przestępców. Otóż jest to nóż. Taki kawałek stali, co jak nim nieodpowiednio pociągnąć, to jest kuku i krew leci. I właśnie owe kuku i krew dla kandydata na posła sejmu RP, Arkadiusza Mularczyka były motywacją do stworzenia projektu ustawy zakazującej posiadania noża o długości ostrza przekraczającej osiem centymetrów. Uznane zostać mają takie za broń ofensywną i wymagane na nie będzie pozwolenie, prawie takie jak na pistolet (http://bip.mswia.gov.pl/portal/bip/218/19583/Projekt_stanowiska_Rzadu_do_poselskiego_projektu_ustawy_o_zmianie_ustawy_o_broni.html) Zatem nici z publicznego obrania jabłka, wyciągnięcia dzięki przecięciu pasów człowieka uwięzionego w samochodzie, czy przecięcia linki na jachcie. Osiem centymetrów [ostrza noża] to niewiele i niewiele też można nimi uczynić. Bo jak mówi stare chińskie porzekadło: „małe jest piękne, ale duże więcej może, jeśli chodzi o noże”1.  
A dużego [noża] posiadać nie wolno. 
         Przyznaję się, trochę hiperbolizuję, narzekając na ustawę. Sam od niepamiętnych czasów mam nóż (noże;)). Obecnie posiadam scyzoryk Victorinox One Hand, a długość jego głowni to… osiem centymetrów. Tak – osiem. I jakoś z nim żyję, a w naszym związku wszystko dobrze – nie mam zamiaru go zmienić. Zawsze mieszka sobie w mojej prawej kieszeni i kiedy jest potrzebny, sprawdza się. Lecz tylko w codziennych, mało ekstremalnych sytuacjach. Jeśli jednak np. idę do lasu zabieram coś większego (i jakoś nie ogarnia mnie wówczas żądza krwi). Podczas, jak dumnie to nazywam – bushcraftu, osiem centymetrów nie ma racji bytu, jak niby np. przygotować nim drewno na ognisko? Nie sprawdziłby się również na statku czy pod wodą. Drugie „NIE” dla ustawy wypowiadam ze względu na pasję tysięcy ludzi, np. tych z forum Knives.pl (www.knives.pl) . To są kolekcjonerzy, nie psychopaci (-kolekcjonuje pan noże?! Jest pan niebezpiecznym człowiekiem! -Lepiej, żebym zbierał damską bieliznę?). Zbierają noże. A noże to noże nie tylko te ośmiocentymetrowe. Takie są mniejszością.
Gwarantuję, że wśród knajfsowiczów nie ma ani jednego mordercy. Nie podoba mi się też przewidziana przez ustawę „wysoka uznaniowość” policji. Coś takiego to ograniczenie wolności obywatela, apoteoza „pana władzy”.

I jeszcze jeden argument przeciw: rozłóżcie teraz ramiona. Jestem pewien, że w ich zasięgu znalazłoby się co najmniej dziesięć narzędzi mordu. Jeśli ktoś idzie po to, by zabić, nie powstrzyma go ustawa, a nawet jeśli nie będzie chciał ryzykować, zamiast noża zabierze choćby śrubokręt, bo tego ustawa nie zabrania. Od lat trzeba zezwolenia na pistolet. Ilu ludzi wciąż ginie od kul?
        Ciekaw jestem, kiedy każą chodzić wszystkim nago, żeby nic nie ukryli, powyrywają nam zęby i paznokcie, bo przecież można kogoś pogryźć lub wydrapać mu oczy. A co zrobią, gdy uznają, że można kogoś ranić, dając mu z dyńki? Jeśli ktoś chce zmniejszyć ilość ofiar zabójstw, zamiast walczyć z narzędziami powinien wziąć się za tych, którzy ich używają. Czy naprawdę w Polsce nie ma nic ważniejszego do uchwalania niż ustawy , które nic nie zmienią?
Takie jest w tej kwestii moje zdanie. Obowiązkowo po przeczytaniu zajrzyjcie na stronę http://ntn.knives.pl - znajdziecie tam mnóstwo statystyk i wypowiedzi na temat projektu. Co odnośnie tej sytuacji myślicie Wy, Czytelnicy? Czy według Was bunt społeczeństwa jest uzasadniony? Czy każdy posiadacz noża to psychopata, którego trzeba się bać? Kto ma rację: pan Mularczyk, czy ci kwestionujący jego ustawę? Czy ona jest potrzebna? Czy coś polepszy? Ktoś z Was się z nią zgadza, ktoś popiera moją opinię?
1   Ten i poniższe cytaty stanowią własność użytkowników  bodzio.w1 i RNL z forum knives.pl


Radosław Iwanek

niedziela, 15 maja 2011

Pożegnaliśmy maturzystów


29 kwietnia o godzinie 13:00 w szkolnej sali gimnastycznej odbyło się oficjalne pożegnanie uczniów najstarszych klas. Trzecio- i czwartoklasiści po raz ostatni weszli do szkoły jako jej uczniowie. Wszyscy  maturzyści chcieliby zapewne choć odrobinę przedłużyć słodkie lata nauki, aby solidniej przygotować się do egzaminu dojrzałości. Niestety, czas leci nieubłaganie i w ostatni piątek wszyscy zainteresowani ukończeniem szkoły musieli stawić się do niej w celu odebrania świadectw. Sala gimnastyczna stopniowo wypełniała się radosnymi i podekscytowanymi przyszłymi absolwentami, nauczycielami, rodzicami, zaproszonymi gośćmi oraz przedstawicielami klas młodszych.
Kilka minut po trzynastej wszystkie głosy ucichły, a  pan Zenon Darosz rozpoczął uroczystość. Przypieczętowaniem tego było wniesienie szkolnego sztandaru oraz
odśpiewanie hymnu państwowego.
Konferansjerzy, którymi mieli zaszczyt być uczniowie klasy I„c” Agata Popielewska i Filip Świątkowski, powitali wszystkich zgromadzonych, po czym oddali głos najważniejszej osobie w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych w Połczynie-Zdroju, czyli oczywiście panu dyrektorowi – Stefanowi Mycy. Pan profesor w swym przemówieniu wyraził nadzieję, że wszyscy znakomicie zdadzą maturę oraz życzył wszelkich sukcesów. Następnie głos zabrał wicestarosta Powiatu Świdwińskiego pan Roman Kozubek, który wręczył nagrody dla najwybitniejszych uczniów naszej szkoły. Nagrody zdolnym i sumiennym absolwentom wręczyła również burmistrz Połczyna- Zdroju pani Barbara Nowak.


Najważniejszym punktem ceremonii było jednak rozdanie świadectw. Uczniowie każdej klasy byli w porządku alfabetycznym wywoływani na środek sali przed oblicze pana dyrektora oraz swojego wychowawcy. Tam otrzymywali świadectwo, które dało im prawo  przystąpienia do egzaminów maturalnych. Następnie, zgodnie z tradycją szkoły przedstawiciele młodszych klas ofiarowali im symboliczne kwiaty.
Nikt w tym dniu nie zapomniał również o znakomitych szkolnych sportowcach  i działaczach. Siatkarze i siatkarki, koszykarze, szczypiorniści, członkowie samorządu – wszyscy zostali wyróżnieni i nagrodzeni gromkimi, ogromnie zasłużonymi brawami. 
            Wzruszająca uroczystość dobiegła końca. Przed absolwentami otworzył się świat dorosłości, wkroczyli w nowy etap życia. Nadszedł czas, kiedy muszą zacząć poważnie myśleć o własnej przyszłości i podjąć ważne dla siebie decyzje. Którejkolwiek ścieżki by nie obrali, życzymy im realizacji wszelkich planów, sukcesów i czerpania radości z życia. To, co czują i myślą młodsze roczniki, doskonale zobrazują słowa wygłoszone w mowie pożegnalnej: „Zapał, z jakim reprezentowaliście naszą szkołę, w konkursach i zawodach, będzie dla nas wzorem. Postaramy się godnie Was zastąpić. Życzymy wszystkim spełnienia marzeń, tych dużych i tych niewielkich, bo cytując słowa poety ,,Nawet najdalszą podróż rozpoczyna pierwszy krok”.”  


      Natalia Fijoł kl. I "c"

sobota, 14 maja 2011

Przez mroki współczesności


Kto potrafiłby w dość komfortowych warunkach, miłej atmosferze i stosunkowo krótkim czasie pojechać do Koszalina, kupić bilet do teatru, obejrzeć świetny spektakl, następnie wrócić do domu? No, to nie problem, ale jeszcze druga cześć pytania: kto dokonałby tego, wydając jedynie siedemnaście złotych? Już robi się trudniej... Ale dla nas, ponad czterdziestoosobowej grupy "wybrańców", nie stanowiło to problemu, bowiem dwudziestego ósmego kwietnia Pan Profesor Bohuszewicz zorganizował wyjazd do Bałtyckiego Teatru Dramatycznego na realizację dramatu autorstwa Doroty Masłowskiej "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku".


Dwoje biednych Rumunów…” to debiutancka sztuka Doroty Masłowskiej napisana na zamówienie TR Warszawa, miała premierę w listopadzie 2006. Jest to krótki i przepełniony humorem dramat opowiadający historię Parchy, aktora grającego księdza Grzegorza w telewizyjnym serialu oraz poznanej przypadkowo Dżiny - dwojga imprezowiczów, którzy po suto zakrapianej balandze, będąc pod wpływem alkoholowo-narkotykowej mieszanki, najprawdopodobniej nieświadomi swych czynów wyruszają w szaloną podróż po Polsce. Z czasem zaczynają odzyskiwać przytomność umysłów i dostrzegać otaczające ich bagno. Są ludźmi z tzw. marginesu społecznego, zatem łatwo przychodzi im wcielenie się w rolę pary rumuńskich żebraków mówiących po polsku. Wpychają się ludziom do samochodów, żebrzą, proszą o pomoc, próbują korzystać z cudzych telefonów, nawet domostw, lecz nie przebiega to bezproblemowo, bowiem następuje tu konfrontacja z naszą wspaniałą polską mentalnością. Cała fabuła przedstawiona jest tu głównie za pomocą dialogu, którym posługują się ludzie pokroju głównych bohaterów – a jest to dialog wulgarny, pełen błędów i przeskoków myślowych, niemal pozbawiony logicznych zdań. Roi się jednak on od niezliczonych gierek słownych i ukrytych żartów. Zresztą na początku cała sztuka aż ocieka humorem. Lecz z czasem zaczyna robić się coraz mniej śmiesznie. Bohaterowie dochodzą do siebie, zaczyna przygniatać ich ogrom problemów i dramatyzm sytuacji, w której się znaleźli, stopniowo rodzi się pomiędzy nimi konflikt, a podróż ich życia przeradza się w piekielną wyprawę po dzisiejszej strasznej Polsce. Jednocześnie brutalnie ukazuje ciemną stronę naszego współczesnego, przesyconego ogłupiającymi substancjami życia oraz szaleńczej walki o przetrwanie w nim, ciągłego pościgu i chęci osiągnięcia spokoju poprzez ucieczkę przed rzeczywistością.



Mimo, iż głównym filarem spektaklu były słowa, nie mogę nie wspomnieć o scenografii. Anna McCracken wszechobecną tandetę i płytkość świata bohaterów zobrazowała poprzez wyłożenie powierzchni plandekami, choinki zapachowe zawieszone pod sufitem oraz opony samochodowe, jako główny rewizyt oraz cześć wystroju, według mnie wspaniale komponującego się z treścią.

Moim zdaniem sztuka zasługuje na miano co najmniej bardzo dobrej. I nie tylko moim, bowiem wraz z nami na widowni zasiedli także krytycy, m. in. Jacek Sieradzki, redaktor naczelny „Dialogu”. Ich zadaniem było podjęcie decyzji czy sztuka zakwalifikuje się do Finału 17. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. I zakwalifikowała się. Wśród jedenastu przedstawień wybranych z osiemdziesięciu pięciu zgłoszonych.

Długo po obejrzeniu spektaklu pozostał w mojej pamięci jego obraz z wiele z nim przemyśleń związanych. Pełne zrozumienie treści wymagało trochę czasu, ale taka po prostu jest Masłowska – brawurowo przedstawia swą jakże skomplikowaną wizję świata i nie czeka, by odbiorca dotrzymał jej kroku i w pełni wszystko pojął… 

Radosław Iwanek, Ic

poniedziałek, 9 maja 2011

"Nadejszła wiekopomna chwiła..."


W dniu wczorajszym przekroczyliśmy 10000 wejść na naszą stronę. Musimy przyznać, że jeszcze cztery miesiące temu żadne z nas nie spodziewało się, że to dość symboliczne, podsumowanie pewnego etapu, wybicie 10000 odwiedzin nadejdzie tak szybko. Z publicystami jest bardzo podobnie jak z artystami: pełne spełnienie przychodzi dopiero, gdy Wy, odbiorcy, wykazujecie aprobatę dla naszej twórczości i, co ważne, czekacie wciąż na więcej naszej wizji świata i jego krytycznej oceny.
      
Bardzo dziękujemy Wam za tyle odwiedzin, musicie wiedzieć, że nam - redaktorom o wiele lżej przychodzi pisanie i robimy to z większą chęcią, gdy mamy świadomość, że codziennie tak spora gromadka nas odwiedza.


Redakcja "Stacha w Podziemiach"